Niedźwiedzie koty

Odwiedziliśmy Chengdu. Jak już zdążyłem na fejsie anonsować przejażdżka była całkiem przyjemna. Dystans niemal identyczny do odległości dzielącej Poznań od Warszawy przejechaliśmy w półtorej godziny za niespełna 90 złotych. Brzmi jak science fiction. Można zzielenieć z zazdrości. Co prawda trzeba się obyć bez wliczonej w cenę biletu absurdalnej kawy do własnego montażu znanej z IC…

Tytułowo

Przyszedł czas i na tytułowe pyry. Te powyżej wyglądają całkiem zwyczajnie i poznańskiej pyrze pyry jak te po prostu muszą się podobać, tej, nie? Po widoku spodziewaliśmy się całkiem zwyczajnego obiadu ale takie rzeczy, to nie w Syczuanie. Bo po syczuańsku musi być ostro. Końcowy efekt rozminął się rzecz jasna z oczekiwaniami i wielkopolskimi gustami….

Świata podpalacze

Wygląda na to, że piątkowym wpisem zapeszyłem co nieco, bo co prawda ładna pogoda się utrzymała przynajmniej do niedzieli, za to na zdrowiu podupadliśmy. Młodego udało się zapasami przywiezionymi z Polski wyciągnąć na prostą ale z Agnieszką tak łatwo nie poszło. Ja trzymałem się do niedzielnego południa ale wtedy się i ze mną zaczęło. Chcąc…

Pipa w kieretynach

Nie chcąc marnować pięknej pogody na siedzenie w domu ruszyliśmy na spacer. Ciężko w megamieście o przyjemną, a przy tym nieodległą miejscówkę pozwalającą nacieszyć się przestrzenią, zielenią i błękitem nad głową. Wszechobecne wieżowce tę przestrzeń znacznie potrafią ograniczyć. Nawet jeśli – jak teraz, w drugiej połowie listopada – słońce zachodzi o dwie i pół godziny…

Zapowiada…

… się przyjemnie. W dodatku drugi raz widzimy tu błękitne niebo i cienie, które rzucamy. Wszechobecna czungcińska mgła (a może smog?) nareszcie zniknęły. Zatem, to może być niezły weekend. A co u Was?

Codzienność piątego kilometra

Wyobrażacie sobie może, że my tu nie wiadomo jakich egzotycznych atrakcji doświadczamy ciągle i wciąż, tymczasem u nas zwyczajna proza życia. Robota, lekcja chińskiego, jakiś wieczorny spacer, telefon do kraju i robi się północ. Jak teraz, a rano trzeba wstać. Skoro tak, to ostatni moment na post. Tym razem krótko, bo czas goni. Trzeba było…

Żydowscy malarze nie mają wzięcia

Jestem już ostatecznie przekonany, że szpilki oznaczają kłopoty. Nie, jeszcze nie korzystałem z licznych salonów masażu i akupunktury. Chociaż na naszym wszystko mającym osiedlu spod znaku dwóch jabłek można znaleźć i je. Chodzi o buty. Ja co prawda ich nie noszę ale Agnieszce się zdarza. Kiedy wybraliśmy się na pierwszy spacer wokół lokalnego Time Square,…

Kolcowój

Tak, chodzi o jagody w handlu nazywane goji słynące z niesamowitych właściwości i dobra, jakie przynosi ich spożywanie. Nie udało się handlowcom dotąd wzbudzić we mnie nic ponad przychylnym zainteresowaniem. Czego nie zdołali spece od wzbudzania potrzeb uczynił nieznany mieszkaniec CQ (jak się tu powszechnie skraca nazwę Chongqing). Otóż poprzedni lokator mieszkania po sąsiedzku zajmowanego…

Koń Maruda

Dziś mi przypadł wolny dzień, w dodatku po trzech deszczowych zaświeciło słońce, termometr pokazał prawie 20 stopni więc się całą famułą wybraliśmy na Nanshan. Nazwa znacząca tyle, co Góra Południowa jest myląca, bo to grzbiet z wieloma kulminacjami, a nie pojedynczy szczyt. Ciągnie się wzdłuż Jangcy przez pół miasta albo i lepiej. My wdrapaliśmy się…

Dziwidło i stroigła

Mam ostatnio szczęście do filmowych miejscówek. Po Grze o Tron i Prometeuszu tak się złożyło, że za jednym zamachem załapaliśmy się tym razem na Cesarzową i Transformersów. Dzięki wycieczce integracyjnej. I na tym koniec podobieństw do Azure Window, a przede wszystkim Detifoss. Turystów przyciąga raczej ten drugi tytuł, a na jakieś UNESCO i ich wydziwy…

Cykl dobowy leży i kwiczy

Dziś, tzn. wczoraj krótko i tylko z kronikarskiego obowiązku. W zasadzie nie działo się nic wartego opisywania. Próbowaliśmy unormować sobie cykl dobowy, bo od poniedziałku trzeba będzie się zająć obowiązkami ale niewiele z tego wyszło. Jest 4:40, siedzę nad kompem, a wstać trzeba około szóstej. Wyjeżdżamy bowiem na weekendową integrację do Wulong. Byliśmy z Maisie…

Brak żelazka

Rozpakowaliśmy się i rozgościliśmy w naszym nowym gniazdku, w zasadzie podobnym do tego, które mamy w Poznaniu. Ogarnęliśmy najbliższe otoczenie, skosztowaliśmy przed domem baozi i lokalnej, w nieostrym wydaniu – jak zapewniała na migi właścicielka lokalu – wersji ramenu. Ramen rozpalił niczym martenowski piec, a pierożki czy raczej bułeczki były czymś pomiędzy kluskami nazywanymi przez…