Koniec Świata

dnia

Na Hajnanie najbardziej podobało nam się błękitne niebo. Wyspa słynie z najczystszego powietrza w całych Chinach i to czuć od razu po wyjściu z samolotu. Jeszcze na lotnisku.  Wcześniej, bo zaraz po otwarciu drzwi samolotu czuć temperaturę. Zwłaszcza jeśli przyleci się w czasie Gwiazdki.

Wyspa bywa określana chińskimi Hawajami i pełni rolę zimowego azylu dla bogatych Chińczyków z północy. Oraz Rosjan. Z Syberii mają tu bliżej niż do Hiszpanii. Dni są poza tym tu dłuższe niż tam, a i temperatury wyższe. Wizja spędzenia kilku dni wśród wschodnich Słowian bynajmniej nas nie przerażała. Wiemy, czego się spodziewać i podchodzimy do ich zachowań z pobłażliwością i z wyuczonym uśmiechem.

Pierwszy kontakt przeżyliśmy już podczas boardingu w Guilin. Ustawiliśmy się grzecznie w kolejce… No nie, kolejek w Chinach przecież nie ma. Nawet na lotniskach Hanowie tam, gdzie jesteśmy przyzwyczajeni do mniej lub bardziej dynamicznych struktur liniowych tworzą twory przypominające chmury. Porównanie chyba trafne, bo również one dają opad. Z charchów. Przed kontrolą bezpieczeństwa autorytet władzy, ostro wytyczone alejki i wymalowane linie potrafią utrzymać czerń w rzędach ale przed bramkami to już nie działa. Tak się złożyło, że znaleźliśmy się w awangardzie, znaczy blisko pulpitu. Zanim doszliśmy do lady standardowo trafiliśmy na jegomościa przeprowadzającego „preboarding”, jedną z licznych tutaj kontroli wstępnych lub dodatkowych. Uczniowie Marksa i Denga wspaniale opanowali naukę „доверяй, но проверяй”. Zamachał rękoma, nie próbował nawet ukryć paniki towarzyszącej kontaktowi z niekumającymi laowejemi i rozpaczliwie wezwał koleżankę, widocznie władającą jakimś europejskim narzeczem. Ta jednak zajęta była czymś innym i ani myślała przedzierać się przez napierającą w jej stronę zbitą ciżbę. Dotarliśmy więc do kontuaru, gdzie oznajmiono nam, że musimy stanąć z boku, bo priorytetowo na pokład wstęp mają pasażerowie innego lotu tej samej linii. Takie połączenie kombinowane. Miejsca i tak mieliśmy już przydzielone, więc to i tak żadna różnica. Grzecznie stanęliśmy we wskazanym miejscu.

Chwilę po nas dotarli. I się zaczęło. Co prawda nie Ruskie ale rosyjskojęzyczni Ukraińcy w towarzystwie rodziny Czarnogórców. Południowcy przyjęli informację ze zrozumieniem ale kijowski herszt – postawny brodacz minę miał nietęgą. Gdyby łatwiej szło mu werbalizowanie myśli w angielskim zrobiłby aferę ale zaskoczenie wzięło górę. Stanęli więc obok. Myliłby się, kto by pomyślał, że to koniec opowieści. Słowiańska krew nie woda, głowa może dała się zaskoczyć ale z szyją nie poszło już tak łatwo. Obwieszona złotem matrona spode łba zmierzyła wzrokiem kilkoro mijających ją tutejszych i nie wytrzymała. No jak to możliwe, że Kitajce wchodzą, a ona musi stać i na to patrzeć?! Teraz już i głowa odnalazła rezon i tak oto boarding wydłużył się o dobrych parę chwil potrzebnych na wykrzyczenie sobie kilku uwag w chińsko-rosyjskim koktajlu. Kiedy towarzystwo ogarnęło, że nic to nie daje, bo druga strona nie ma pojęcia, co pierwsza wykrzykuje emocje mogły opaść i można było powrócić do mowy Szekspira ale tu po obu stronach arsenał był zbyt ograniczony by dodać cokolwiek ponad to, co zostało już powiedziane. Operacja wchodzenia na pokład zakończyła się więc zgodnie z narzuconym wcześniej porządkiem chociaż odrobinę później.

Tak, jak pisałem nic to nie zmieniło, bo przecież miejsca były rozdane. Wybraliśmy sobie takie obok siebie, z większą przestrzenią na nogi, przynajmniej wedle ilustracji na stronie internetowej więc mieliśmy spokój. Zanim do wyboru doszło mieliśmy mały zgryz. Internetowy check-in generalnie możliwy jest na dobę przed odlotem ale niektóre linie, których lata tutaj  kilkadziesiąt stosują liczne warianty. Sichuan Airlines nie jest pod w tym względem wyjątkiem ale to drugorzędne. Okazało się, że odprawa możliwa jest wyłącznie na stronie chińskiej i chińskojęzycznej. Nie przejęliśmy się, bo co to za problem? Odprawialiśmy się przecież w hostelu, na udostępnionym gościom komputerze (przy okazji, z VPN-em i dostępem do fb, o czym głosił spory plakat) podłączonym do drukarki i zainstalowanym tuż przy recepcji. Poprosiliśmy więc o asystę recepcjonistkę, starającą się być pomocną i rozmawiającą po angielsku. Zerknęła ale od pomocy ku naszemu zdziwieniu się wymigała tłumacząc, że nie zna akurat tej strony, nigdy z niej nie korzystała i nie wie, jak na niej przeprowadzić tę odprawę online. Ostatnie dwa słowa wypowiedziała jakby usłyszała je pierwszy raz w życiu. Zupełnie, jakby to było narzędzie skomplikowane niczym oprogramowanie CAD. Oczywista bzdura, poradziliśmy sobie pomimo analfabetyzmu.

zrzut-ekranu-2016-12-25-o-10-32-54

Nieistotne zdarzenie, nie warte byłoby wzmianki gdyby nie to, że z podobnymi zachowaniami mierzyłem się na co dzień w MIADZIE. Przeciętny Chińczyk nie eksperymentuje, jak ognia obawia się nowych sytuacji, a już najgorsze co może się mu przytrafić, to stanięcie przed koniecznością zadawania pytań. W szkole tłumaczy się to często obawą utraty twarzy. Nawet nie tyle swojej, co nauczyciela. A postawienie nauczyciela w takiej sytuacji oznaczałoby rewanż z jego strony, ze strony kolegów i rychłą zgubę. Może i tak ale moim zdaniem to coś więcej. Nikt od młodych Chińczyków nie wymaga podejmowania decyzji, samodzielnego rozwiązywania problemów i brania za wybory odpowiedzialności. Nawet gdyby któryś zechciał, to zostanie skutecznie odstraszony, gdyż  społeczna opinia ustawiona jest w ten sposób, że popełnienie błędu jest poczytywane za najgorszą porażkę. Tego nikt nie zaryzykuje. Ale przecież wcześniej czy później będą musieli się tego nauczyć? Na przykład w dorosłym życiu kiedy przyjdzie im żyć samodzielnie? Otóż nie, oni nigdy nie stają się samodzielni, zawsze jest ktoś obok, zawsze są w  grupie, zawsze mają gotowe rozwiązania. Szkoła uczy więc postępowania wg wzorców, krok po kroku. Ma z tym chyba związek kolejne dziwaczne zjawisko, w grupie najbardziej atrakcyjne są te dziewczęta, które zachowują się najbardziej infantylnie. Nie mija to nawet, gdy trudno już o nich mówić jako o dziewczętach. Dorosłe kobiety zachowują się gorzej niż zachodnie podlotki.

Więcej przygód z kuzynami zza Buga nie mieliśmy. Spotkaliśmy kilku w Sanji i na plaży, a na licznych drogowskazach, tablicach informacyjnych, a nawet w restauracyjnych menu grażdanka i rosyjski pojawiły się obok, a nawet zamiast łacinki i angielskiego ale na tym koniec.

dsc_2178_79_80

Na naszą bazę na Hajnan wybraliśmy bowiem nadmorskie miasteczko Tianya. Blisko Sanji, kilka kilometrów za zachód od lotniska, dojazd miejską komunikacją za parę juanów. Centrum miasta jest na wschodzie, a my chińskich miast-molochów mieliśmy już zdecydowanie dość. Dalej na wschód są zatoki z plażami i kurortami, najbliższe Dàdōng hǎi i Yàlóng wān i to one są głównym celem rosyjskich wczasowiczów. W samej Sanji i obu hotelowych miejscówkach na Ctripie czy Bookingu roi się od atrakcyjnych ofert ale my zdecydowaliśmy się na opcję cichszą i bliższą atrakcjom, które zamierzaliśmy odwiedzić. Booking oferuje  bardzo podobne ceny do lokalnego Ctripa, nawet po uwzględnieniu kuponów zniżkowych, które dostawaliśmy za zakupy biletów, a skoro z powodzeniem używamy go od dziesięciu lat, to nie było powodu do zmiany przyzwyczajeń. Ze sporym zdziwieniem zobaczyliśmy ofertę trzech noclegów w pokoju rodzinnym dla trzech osób za zaledwie 250 zł w Sanya Best Seaview Inn. Jak na oferowane warunki zaskakująco atrakcyjnie. Identyczne oferty znaleźliśmy na Agodzie i jakiś ruskich serwisach rezerwacyjnych więc postanowiliśmy zaryzykować, w końcu żadnej przedpłaty nie wymagali. Nie było nic do stracenia, rezerwowaliśmy dwa tygodnie przed wyjazdem i na wszelki wypadek postanowiliśmy wysłać wiadomość  z kilkoma pytaniami sprawdzającymi, podobnie jak do Guilin. Z Guilin odpowiedź przyszła po kilkunastu minutach. Gdyby nie przyszła z Sanji mieliśmy poszukać czegoś innego. Tak, tylko, że nie przyszła, a ja o tym postanowieniu przypomniałem sobie dopiero w powrotnym samolocie do CQ.

Na miejscu za nic nie mogliśmy znaleźć hotelu. Numeracja ulic szalała, obok 32 było 268, a po drugiej stronie 12. Po kilku minutach szamotaniny weszliśmy do pierwszego z brzegu hotelu i poprosiliśmy o pomoc w zlokalizowaniu naszego. Trochę to trwało, zapaliła się żółta lampka ale ostatecznie wskazano nam dokąd pójść. I znów nic, namiar w LostUsie, jak  Locusa przezwał Stanisław, też nie rozjaśniał sytuacji, ostatecznie kordy walnięte się okazały o jakiś kilometr. A dokładność oraz odwzorowanie terenu w OpenStreetMap są dla Chin delikatnie mówiąc bardzo średnie. W kilku innych miejscach wskazano nam ten sam budynek ale jego numer, nazwa i co najważniejsze  personel twierdziły co innego. Tutaj muszę wspomnieć o Sanya Very Moment Inn, też obecnym na Bookingu, w którym gospodarz dwoił się i troił by nam pomóc oraz hostel z prawdziwego zdarzenia, Ten Steps Coastal YHA, podobnie jak odwiedzony przez nas w Xi’an ze statusem schroniska. Gość z Dziesięciu Kroków (Od Oceanu) dwa razy nam potwierdził, że chodzi o ten właśnie hotel, który pokazuje, cztery budynki dalej. Na miejscu jednak laska w recepcji dopiero za trzecim razem zdecydowała się przyznać, że Sanya Best Seaview Inn to oni. Chyba tylko dlatego, że tym razem mieliśmy tłumacza – Chińczyka, recepcjonistę z hotelu vis-a-vis, który tam poszedł z nami.  W zeszłym tygodniu zmienili nazwę, przecież nie ma w tym nic dziwnego. A ja dziwiłem się, że lista obecności z tygodnia na tydzień przestawała być aktualna, bo Dora z tygodnia pierwszego w drugim okazywała się być Dorris, a w następnym Ling i oczywiście przestawała reagować na imię poprzedniego wcielenia. Rzeczywiście, jesteśmy Sanya Best Seaview Inn ale to i tak niczego nie zmienia, bo nie mają naszej rezerwacji. Co to w ogóle jest ten booking.com? A nasz pokój i tak jest zajęty. W międzyczasie zrobiło się już ciemno, pot w trzydziestostopniowym upale i outficie przyodzianym na kontynencie ciekł nam po plecach, czerwona mgła zasnuła oczy więc imba kroiła się jak należy. Dziewczę stało jak guła, powtarzało jakieś małomądre frazy w angielskawym i nie jarzyło nic z tego, co do niej mówiliśmy. Gdy usłyszałem po raz piąty pytanie o to, czy mamy paszporty i gotówkę coś we mnie pękło. Po kilkunastu minutach z kantorka wychynął kolo, niewiele starszy od laski, za to zdecydowanie bardziej rozsądny. Niestety, ni słowa po angielsku nie potrafił ani wypowiedzieć ani zrozumieć. Próbował używać powszechnych w Chinach aplikacji tłumaczących, które nieźle sobie radzą nota bene. Przede wszystkim z wielością znaczeń, bo gramatyka jest śladowa, szyk zdań sztywny, a brak fleksji tylko ułatwia sprawę. Zaproponował inny pokój, o tym samym, bardzo niezłym standardzie ale już za inną cenę. Gdyby nie tępy lachon prawdopodobnie udałoby się dojść do porozumienia ale z nią obecności w jednym pomieszczeniu zdzierżyć nie mogłem. Poza tym na żadną pomoc w trakcie pobytu liczyć byśmy nie mogli. Zaproponowano nam trzy- lub dziewięciokrotnie wyższą cenę od tej z Bookingu. Dokładnie tego nie wiemy, bo laska nie była w stanie lub nie chciała tego sformułować po angielsku i to okazał się ostateczny powód zerwania negocjacji. Pożegnaliśmy się rzuconym przez ramię zwrotem zrozumiałym pod każdą szerokością geograficzną i wróciliśmy do Dziesięciu Kroków.

group-1-dsc_2072_dsc_2085-14-images

Hostel zdecydowanie godny polecenia. Tak przyjaznej obsługi i świetnej atmosfery nie spotkałem chyba od lat dziewięćdziesiątych kiedy górskie schroniska były jeszcze czymś zupełnie innym niż górskie hotele. Oczywiście standard pokoju był odpowiednio niższy ale w prywatnym pokoju znośny. Dormitorium teoretycznie rozdzielone na męskie i żeńskie stoi w przeliczeniu po 20 dychy za dobę. Zajrzeliśmy. Wygląda to podobnie do chińskich akademików, a Europejczyk, który przeżyłby w tych warunkach dobę zasługiwałby na nagrodę. Nie minęło pięć minut pobytu w pokoju kiedy rozległo się pukanie, w drzwiach stanął Marco i ponieważ jest już późno, a my na pewno jesteśmy głodni, to zaproponował, że  zamiast poszukiwać czegoś w mieście może przyłączymy się do załogi. A po kolacji zapraszają na imprezę na plaży, z ogniskiem, fajerwerkami oraz pieczoną kurą i pyrami. Kura była zakopana, pod ogniskiem i tam oczekiwała na koniec balangi.

Było przyjemnie i całkiem normalnie. A nawet humorystycznie, gdy na już dobrze rozkręconej imprezie pojawiła się niezguła z Best Seaview. Udaliśmy, że widzimy ją pierwszy raz w życiu. Kolejnego dnia młodzież zaproponowała Stasiowi przyłączenie się do gry, a grali w znaną nam Mafię. Piszę o młodzieży, bo chociaż pełnoletni, to wiekowo bliżej im było do Młodego niż do nas. Cieszyłem się, że są tak kontaktowi, bo dzięki temu dowiedziałem się czegoś więcej o studentach. Oni z kolei chętnie przyjęli młokosa, bo zachodni nastolatkowie ich fascynują. Zazdroszczą im luzu w sensie wolności, a przede wszystkim możliwości wyboru szkół, kierunku studiów i drogi życiowej. Chińczycy nie mają lekko pod tym względem. W akademikach warunki dla Europejczyków, przede wszystkim stłoczenie jest nie do przyjęcia, a na uczelniach traktowani są bardziej jak nasi licealiści niż żacy. Małżeństwa raczej nie są aranżowane ale przed osiągnięciem pełnoletności nie ma mowy o chodzeniu. W CTBU zajęcia zaczynały się przed 8:00 i trwały do 21:00 z dwugodzinną przerwą na lunch i jest to raczej norma niż wyjątek. Z balkonu naszego mieszkania zaglądaliśmy w okna innego, bo blok miał kształt litery L. Mieszkała tam dziewczynka, na oko młodsza od Stasia o cztery, może pięć lat. W Polsce byłaby uczennicą 4 albo 5 klasy. Przychodziła ze szkoły po moim powrocie z zajęć czyli około 18:00. Dzień w dzień ślęczała nad lekcjami przynajmniej do północy, nierzadko około pierwszej czy drugiej w nocy widzieliśmy ją nadal z nosem w podręcznikach. To, wedle opinii chińskich znajomych, również nie było niczym wyjątkowym.

Plaże wokół Sanji są zaskakująco podobne do bałtyckich. Piaszczyste, szerokie, szczególnie te w zatokach. Tyle, że cieplejsze, z cieplejszą wodą i palmami kokosowymi zamiast kosówki. Generalnie chorwackie wypadają lepiej, to ciągle mój numer jeden.  Odwiedziliśmy cztery, trzy już wspomniane, a czwartą niedaleko naszego miasteczka, w miejscu zwanym Tianya Haijiao. Ta była najmniej bałtycka, bo ze skałami wystającymi z piasku. I najfajniejsza. Z tym, że niemal cała objęta zakazem kąpieli.

Koniec Świata to jedno z wielu miejsc określanych w Chinach jako  Scenic Area lub Touristic Zone. Zwykle są to mniejsze lub większe atrakcje, choćby i punkty widokowe albo coś w stylu naszych Parków Rozrywki. W pobliżu Tianji jest ich więcej ale najsławniejsze to właśnie Koniec Świata i niemal 110-metrowy Posąg buddyjskiej bogini Guanyin. Oba nie zbierają wielu przychylnych opinii, Chińczycy z wyjątkiem nowożeńców mówią o Końcu Świata, że to zwykła plaża z kilkoma kamieniami”. Przychylniej wypowiadają się o posągu, chyba dlatego tylko, że jest o 15 metrów wyższy od amerykańskiego. Rzecz jasna chodzi o Statuę Wolności ale tej nazwy dziwnym trafem nie pamiętają. Przewodniki idą krok dalej i oba miejsca określają jako pułapki na turystów”.

Posąg, mimo, że dzieliło nas od niego kilkanaście kilometrów widzieliśmy z okien naszego pokoju i nie ciągnęło nas za bardzo by przyglądać się mu bliżej. Tym bardziej, ze wstęp do okalającego go parku to koszt 150¥. Nieco inaczej sprawa się miała z Końcem Świata. Niepochlebne opinie to jedna strona, a drugą jest Michał Boym.

dsc_2412_3_4

Lwowianin, który ustalił, że Kitaj i Sina to jeden i ten sam kraj był jednym z pierwszych Europejczyków, którzy odwiedzili wyspę, a na pewno pierwszym, który stworzył jej mapę i przedstawił Zachodowi rycinę głazu z inskrypcją  南天一柱  oznaczającą Pierwszy Filar Niebios Południa. Ten sam głaz widniał na rewersie banknotu o nominale dwóch juanów w latach 90. Wśród będących w obiegu obecnie nie ma dwójki, a jeśli jest, to musi być nadzwyczaj rzadki. My takiego nie widzieliśmy nigdy. 1807_0730696589bee72lSpora część kompleksu za sprawą poezji i znanego wersu „pójdę za Tobą do Tianya Haijiao” oraz sprawnego marketingu służy za scenerię do zdjęć ślubnych. Suknie i garnitury można wypożyczyć na miejscu. Może znów się wyzłośliwiam ale wydaje mi się, że sposób w jaki to jest zorganizowane daje pewien pogląd o chińskiej kreatywności. Otóż jednym z etapów składania zamówienia na sesję ślubną jest wybór dostępnych ujęć z katalogu. A to na łódeczce, a to przy fortepianie albo nad basenem, którego lustro wody płynnie przechodzi w ocean. Do samego basenu wchodzić nie można. Są łuki zbudowane z kwiatów, jest huśtawka z kwietną girlandą i mnóstwo wielkich angielskojęzycznych napisów w rodzaju Melody of Love, etc. W efekcie w parku do kluczowych malowniczych zakątków ustawiają się prawdziwe kolejki nowożeńców i ekip fotograficznych. Oczywiście zupełnie podobnie jest w zwykłej części, gdzie przed poszczególnymi obiektami tworzą się opisane wcześniej chmury głośno wyrażające sprzeciw jeśli ktoś pożądaną miejscówkę okupuje zbyt długo. Bo w Chinach zwiedza się w tempie.

Oficjalnych atrakcji wokół Sanji jest o wiele więcej, bodaj kilkanaście. Nie tylko na Hajnanie poza najbardziej znanymi atrakcjami trudno ocenić które warto odwiedzić. My próbowaliśmy się rozeznać na Wikitravel albo TripAdvisorze, nie zawsze z dobrym skutkiem. Pomocni bywają Chińczycy chociaż większość hosteli organizuje albo pośredniczy w zamawianiu wycieczek i trudno wtedy spodziewać się miarodajnej opinii. A nawet jeśli nie mają w tym interesu ocena Chińczyków z różnych względów bywa diametralnie różna od oceny obcokrajowców. Jest też co prawda oficjalny ranking prowadzony przez rządową agencję turystyki. Najwyższa kategoria 5A przyznawana według ścisłych kryteriów ma gwarantować wysoką jakość ale lista na oficjalnej stronie jest niekompletna. Na przykład, wśród wymienionych na stronie atrakcji położonych na Hajnanie brakuje Yanody, która posiada kategorię AAAAA. Poza tym wspomnianemu posągowi Guanyin również przyznano tę pozycję. Dodatkowo, pewne obawy o rzetelność może budzić fakt, że budowa przynajmniej części tych atrakcji jest finansowa przez rządowe agencje.

Tematyka scenic spotów jest zróżnicowana, może to być po prostu zadbana, czysta płatna plaża, może być miejsce religijnego kultu, ogród botaniczny, zoo czy etnograficzny grajdół w cepeliano-cyrkowym charakterze.

Na Hajnanie żyje kilka mniejszości, są muzułmanie znów bez względu na pochodzenie określani mianem Huiów, mimo, że to potomkowie Wietnamczyków i kilka innych narodowości Chińczyków nie-Han, w tym Aborygeni. Chcąc poznać tych ostatnich z pewnością lepiej pojechać do interioru, do Wuzhishan i przy okazji pochodzić po górach niż korzystać ze scenic area. My nie zdążyliśmy, Hajnan to nie Malta. Wyspa o wymiarach ponad 150×150 km to jednak szmat ziemi. Przykładowo podróżując z Sanji do Haikou, stolicy wyspy, trzeba pokonać niemal 300 km, szybkim pociągiem można tego dokonać nawet w 1,5 godziny albo z górą cztery wybierając pociąg kategorii Z czyli najwolniejszej. Poza tym, na Wikitravel przeczytaliśmy ostrzeżenia o konieczności zdobycia pozwolenia na wjazd dla obcokrajowców. Oczywiście w Haikou. Jeśli chcecie zobaczyć jak wyglądają przedstawiciele ludu Li lepiej spytać Google’a o „Li people” niż . Chociaż… Zawsze można też spróbować baidu.com. I jeszcze ciekawostka, Li cieszyli i cieszą się sporymi względami władzy, ponieważ poddani byli silnym represjom podczas japońskiej okupacji ale przede wszystkim walczyli po stronie komunistów przeciw Kuomintangowi w czasie wojny domowej.

Wydawałoby się, że Chińczyk nie-Han, to tylko oficjalna nowomowa, nazwa, której nikt nie używa określając siebie. I tu się zdziwiliśmy, kiedy poznany, młody, zdający sobie sprawę z wielu absurdów chińskiej rzeczywistości chłopak imieniem Yang zamiast powiedzieć „jestem Mao, Li czy Yao” oznajmił nam po prostu „I’m not Han Chinese”. Rozmowa przy tym nie tyczyła się w ogóle polityki, chodziło o rozpoznawanie tonów, których pięć obecnych w putonghua (a może być i osiem, jak na Tajwanie) również dla Yanga stanowiło problem kiedy zaczynał studiować poza swoim miastem, bo w jego języku istnieją, podobnie jak w japońskim, tylko dwa. I nawet mówiąc po chińsku u siebie, tak jak wszyscy w tym regionie używał tylko tych dwóch. Kolejnym mylącym pojęciem są dialekty. Każdy język razem z dialektami wrzucany jest do jednego worka, nawet jeśli nie jest z chińskim w ogóle spokrewniony. Musi być pod tym względem zabawnie, bo sami kilkukrotnie widzieliśmy Chińczyków, np. w sklepie, którzy pytając o coś ekspedientki przechodzili do pisma nie mogąc porozumieć się werbalnie. Nawet nas różnice w wymowie dotknęły, choćby podając taksówkarzowi adres naszego mieszkania albo pytając o cenę. Chyba nigdy nie usłyszeliśmy sìshí sì kiedy chodziło o  四十四块 czyli 44¥.

Ceny wstępu do atrakcji są zróżnicowane, zaczynają się od 30 RMB, przeważnie oscylują wokół 130. Wejściówka nie zawiera oczywiście opłat za wszystkie dostępne atrakcje. A tych bywa sporo, jak choćby na Granicznej Wyspie będącej  nadmorskim parkiem rozrywki.

zrzut-ekranu-2016-12-31-o-10-55-52

Na tę plażę było dla nas za daleko, koło 100 km, poza tym moją uwagę przykuło co innego: Yanoda Rainforest Cultural Tourism Zone.

[Group 4]-DSC_1678_79_80_DSC_1726_7_8-16 images.jpg

Jasne, że mieliśmy obawy jednak wolałem wyobrażać sobie to miejsce jako połączenie rezerwatu z ogrodem botanicznym. Artykuł na Wikitravel zachwalał, kilka wpisów znalezionych na blogach pisanych przez turystów i expatów z Zachodu również. Pojechaliśmy. Ranking 5A nie dziwił skoro rząd zainwestował w stworzenie tego miejsca 500 mln € (pięćset milionów euro).

Obawialiśmy się odrobinę komercjalizacji i faktycznie u bram było ją widać. Ale im dalej od niej tym bardziej rezerwatowo się robiło. Czyli od początku: hotele, restauracje, folklor, pijalnie herbaty, niemal kilometrowa tyrolka, wspinaczka po wodospadzie, kilkukilometrowy bieg wydolnościowy, dalej cukierkowy ogród botaniczny, a na końcu może ciut zbyt wygodnie udostępniony rezerwat. Zajęcia nawet na trzy dni by starczyło, my mieliśmy tylko jeden ale zasmakowaliśmy po trochu z każdej opcji. Moim zdaniem warto się wybrać.

Strasznie irytujące było wykrzykiwanie przez obsługę „Yanodaaaa!” w kierunku zwiedzających z obowiązkowo uniesionymi dłońmi w starym geście znanym nam doskonale jako Viktoria i kojarzonym w Polsce jednoznacznie.

Chińczycy nagminnie pokazują Victorię pozując do zdjęć. Gesty w Chinach bywają odrobinę odmienne od znanych i stosowanych na Zachodzie. Wiele z nich symbolizuje chińskie znaki i nawet jeśli są podobne do naszych, to oznaczają coś innego. Najłatwiej przejechać się na cyfrach. Dziesięć () pokazywane jest jako X stworzone ze skrzyżowanych palców wskazujących obu dłoni, sześć () przypomina używany przez niektórych znak \m/ chociaż zrobiony z wykorzystaniem kciuka, a nie palca wskazującego, więc trochę podobnie do gestu oznaczającego „zadzwonić”. Osiem () wygląda jak zachodnie dwa, albo warszawska eLka – zależy jak spojrzeć i jak zostało wykonane. Dziewięć zaś nie przypomina niczego znajomego. Spytaliśmy więc kiedyś Maisie o kilka z nich i tę nieszczęsną fałkę również. Dla części gestów wytłumaczeniem były znaki, dla innych stara tradycja, jednak V rozumiane jako fajnie, cool” nie miało uzasadnienia. Przypadek? Yanoda” z kolei ma oznaczać „raz-dwa-trzy” w jednym z lokalnych języków i być równocześnie w okolicy używane jako „cześć”. Na szczęście im dalej od dodatkowo płatnych rozrywek czyli im dalej w las tym mniej pracowników, okrzyków, a więcej spokoju, ciszy i relaksu.

Trzeba tu przyznać, że w Scenic Spotach Hanowie zachowują się lepiej niż na ulicach, a i na ulicach jest lepiej niż słyszeliśmy przed wylotem. Nikt nie robił kupy na środku peronu metra, nikt nie łapał nas za nosy, nikt nie testował ani nie wynosił z samolotów kamizelek ratunkowych, generalnie przestrzegano zakazów palenia. Wrzask i charchanie były największymi uciążliwościami, które nas spotkały. Z niedźwiedziowaniem da się funkcjonować. To z pewnością zasługa kampanii promującej zasady Civilized tourism, a tablice, broszury, filmy na ten temat można znaleźć niemal wszędzie.

Pewną komplikacją jest komunikacja miejska i pod(-). Autobusów jest mnóstwo, są tanie ale poza miasto dość wcześnie przestają jeździć. Te kursujące do Tianji przestawały kursować około 19:00 ale to nie problem przy kosztach jazdy taksówką, które za 25 km wynoszą jakieś 35 zł. Trzy razy więcej niż za autobus ale ciągle do przyjęcia, zwłaszcza jeśli cenę podzielić na osobę i wziąć pod uwagę czas. Bo autobusy na Hajnanie stają, gdzie pasażer chce. Zarówno, gdzie ten już podróżujący wskaże ale też, gdzie chcący jechać stanie i zamacha jak na taksówkę. Oznaczało to w praktyce stawanie na niektórych odcinkach co 50 metrów. Dość nużące.

group-0-dsc_2063_dsc_2071-8-images

Mieliśmy kłopot wracając z Yanody. Skończyliśmy zwiedzanie wraz z zamknięciem kompleksu, oczywiście nie tylko my lecz Chińczycy albo wsiedli do własnych samochodów albo zostali na noc w jednym z miejscowych hoteli. Autobusy do Sanji powinny jechać jednak nie mogliśmy się żadnego doczekać. Przejechanie taksówką niemal 50 km do Sanji lub 75 do Tanji nie byłoby wycenione już tak symbolicznie, poza tym żadnej w pobliżu nie zauważyliśmy. Przyszło nam nawet do głowy spróbowanie autostopu choć złapanie okazji w trójkę wydawało się problematyczne. Wtedy nadjechał autobus ale nie kursowy. Turystyczny, pusty, kierowca widocznie skądś wracał. Za ułamek regularnej ceny dowiózł nas niemal do centrum.

Kilka słów o kulinariach i okolicach. W Sanji zrozumieliśmy o czym mówiła kelnerka w indyjskiej knajpie kiedy tłumaczyła brak lassi. Takiego mango, w pomarańczowej skórce –  w życiu nie jedliśmy. I innego już nie chcemy. Chińskie szczynowate piwo w 30 stopniach  wchodzi lepiej.  A kuchnia naturalnie obfituje w owoce morza ale przynajmniej na wybrzeżu nie charakteryzuje się niczym szczególnym. Gotuje się tu tak, jak w regionach, z których przybywają przyjezdni czyli tak jak na północy, wschodzie i wybrzeżu kontynentu. Można więc zjeść po pekińsku, hongkońsku, szanghajsku albo coś północnego. Spróbowaliśmy więc na koniec kuchni chińskiej w łagodnym wydaniu.

I tak oto wraz z końcem roku, na Końcu Świata kończy się nasza opowieść o dwumiesięcznej przygodzie naszej trójki w Chongqing.

新年快乐!

A zamiast podsumowania piosenka:

Reklamy

Jeden komentarz Dodaj własny

  1. Staś z papugami , czarne łabędzie … jaka szkoda ,ze to już ostatni wpis . Cudnie się czytało 🙂 .

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.