Zwiedzanie kompletne

dnia

Na pisanie z Czarnobyla nie starczyło czasu, toteż wpis pojawia się już po powrocie. Docierały do mnie sygnały, że kilka osób czeka na tę moją klepaninę ale nie sposób było nie wystawić Waszej cierpliwości na próbę. Raz, że dni były wypełnione po brzegi, bo ruszaliśmy w teren najpóźniej chwilę po ósmej, wracaliśmy grubo po zmierzchu, a wtedy czekało trochę zwyczajowych zajęć jak jedzenie, integracja, a potem to oczy się już same zamykały; a dwa to wi-fi w hotelu było parszywe. Na tyle, że nie chciało się z nim użerać.

DSC_4751_2_3

Nasza pierwsza wizyta w Strefie Wykluczenia, jak wspominałem, pozostawiła ogromny niedosyt więc tym razem oczekiwania miałem spore, niepokój o ich spełnienie jeszcze większy – to z jednej strony, a z drugiej zdawałem sobie sprawę z biegnącego czasu,  że Prypeć, jak cała Zona żyje, a na pewno przemija i pewnych rzeczy po prostu już zobaczyć nie sposób. I jak się udało? Udało się kompletnie!

Ale o tym za moment. Zanim dotarliśmy do Czarnobyla trzeba było dotrzeć na Ukrainę, przemierzyć szmat Polesia, a wszystko to marszrutką. O towarzystwo byłem spokojny, przynajmniej połowicznie. To dlatego, że znałem cztery osoby z wyjeżdżającej ekipy,  z którymi w dodatku spędziliśmy mnóstwo czasu na wspólnym szwendaniu się po kieretynach i – co ważniejsze w kontekście Prypeci – po urbexach też. Dwie kolejne to znajomi znajomych, a przewodnicy i organizator byli sprawdzeni i otrzymali doskonałe rekomendacje. Pół, połowa, to jednak nie wszyscy, a pozostała część ekipy mogła przecież zapewnić nieplanowane atrakcje. Tak się jednak nie stało i chociaż drobną integrację rozpoczęliśmy tuż po przekroczeniu granicy, to do Korostenia dotarliśmy bez ekscesów.

W Korosteniu planowany był nocleg. Na miejscu okazało się, że w obiekcie o nazwie brzmiącej znajomo i przywołującej najmilsze wspomnienia. Koliba. Wspomnienia nie z Korostenia, bo tutaj trafiłem po raz pierwszy, ale z wypraw na najpiękniejszy punkt widokowy w Karpatach, a na Słowacji na pewno: Wielki Chocz. Jest w Dolnym Kubinie pensjonat Koliba, który ze spokojnym sumieniem mogę polecić każdemu, kto chciałby zobaczyć na jednym obrazku całe Tatry, Niżne Tatry, Wielką i Małą Fatrę. Przy okazji dobrze się wyspać i nieźle jeść. Najlepsza cesnaková polievka, bryndzove haluškystrapačky s kapustou jakich doświadczyłem. No i gwóźdź programu –  wyśmienita gruszkówka (hruškovica) czy raczej williamsówka. Do poleskiego kompleksu Колиба trafiliśmy późno, bo tuż przed zamknięciem restauracji. Nie ma się więc czemu dziwić, że pojawienie się rozochoconego towarzystwa nie wzbudziło aplauzu personelu. Kompleks, tzn. restauracja i „etno-domki” wyglądał przyzwoicie, jak nieźle utrzymany skansen. Czyli w sumie jak kubińska Koliba, za to znacznie większa. Musi być większa, skoro tutaj wszystko больше, a pszczoły, to nawet miód wiadrami noszą.  Rozczarowanie przyniósł za to hotel. No i samo miasto. Nie odmówiliśmy sobie nocnej wycieczki do centrum. Niestety, Korosteń mimo bogatej, a na pewno długiej historii wygląda żałośnie. Co prawda na przedwiośniu mało które miejsce prezentuje się ślicznie ale my zobaczyliśmy brzydką, postsowiecką mieścinę istniejącą chyba tylko dzięki dużemu węzłowi kolejowemu. Coś jak, nie przymierzając, Zbąszynek, tylko z kilkunastokrotnie większą liczbą mieszkańców. Podejrzewam, że we wrześniu, kiedy odbywa się tu – możliwe, że interesujący z poznańskiego punktu widzenia – festiwal plyndzy prezentuje się lepiej. Zatem, po co ta wycieczka? Nie mogłem sobie odmówić zobaczenia okolic dworca, bo miasto w czasie wojny polsko-bolszewickiej było sceną nie lada wydarzenia: zagonu na Korosteń czyli największego w XX wieku udanego kawaleryjskiego rajdu wgłąb terytorium wroga. Ułani zniszczyli wtedy ważny dla Sowietów węzeł kolejowy i zdobyli sporo sprzętu. I tu kolejny poznański akcent  – w skład korpusu przeprowadzającego ów zagon wzięły udział „rogate, czerwone czorty” czyli ułani z 15 Pułku Ułanów Poznańskich Armii Wielkopolskiej sformowanego w czasie Powstania Wielkopolskiego 1918-1919.  W 1920 roku już jako 115 Pułk Ułanów Wielkopolskich. Co znamienne, o wydarzeniu nie wspomina ani ukraińska ani rosyjskojęzyczna Wikipedia.

A nazajutrz i przez pięć kolejnych dni – Zona! Tu rozczarowań nie było. Wręcz przeciwnie, jeszcze trochę, a moglibyśmy mówić o przesycie. Przynajmniej wśród części ekipy. Ja wróciłem nasycony zupełnie, zobaczyłem wszystko, co chciałem, a nawet więcej.  O części  miejsc po prostu nie miałem pojęcia, bo też fascynatem Zony ani Prypeci nie jestem. W S.T.A.L.K.E.R.a nie grałem, inspirowanych grą powieści nie czytałem. Wszystkie miejsca, o których kiedykolwiek słyszałem zobaczyłem z bliska.Prypeć zeszliśmy wzdłuż i wszerz, zobaczyliśmy nie tylko miejsca, których nie mogłem odżałować po pierwszym pobycie ale również te, o których odwiedzeniu nawet mi się nie śniło. Widziałem sławny diabelski młyn z dachu hotelu Polesie i szesnastopiętrowców.

Zaskakujące, że część mieszkań miała układ identyczny do tych z ratajskich szesnastek.  Wlazłem do piwnicy Jupitera, byłem w areszcie, kostnicy, szpitalu, szkołach, przedszkolach, pływalni, kinach… Długo by wymieniać.

Poza samym miastem na naszej marszrucie znalazło się kilka miejsc obowiązkowych, jak choćby stacja Janów, żurawie, chłodnie, ferma norek.…

Co więcej, dotarliśmy również do miejsc,  wizytą w których można zabłysnąć nawet w oczach wytrawnych znawców Strefy. Choćby Maszewo z wiejską szkołą i cmentarzysko Rosochy.

Co prawda setki pojazdów, amfibie i śmigłowce zostały pocięte, a część jest już zakopana jednak złomowisko nadal robi ogromne wrażenie.

Odwiedziliśmy również samosiołów. Ciekawość ciekawością ale niezręcznie jakoś tak całą bandą się do domu zwalać jak do cologu żeby afy oglądać. Okazało się, że zupełnie niepotrzebnie się krygowałem. Przewodnicy są w doskonałej komitywie z  naszymi gospodarzami, którzy niemniej ciekawi byli nas niż my ich. A przede wszystkim złaknieni towarzystwa, bo w całej wsi mieszka zaledwie 18 osób. Przy czym wieś, do której pojechaliśmy to nie miejscowość z ulicą, przy której dom stoi przy domu, a sąsiada masz za płotem. Bardziej przypominała wsie olęderskie, gdzie sąsiada można nie oglądać całymi tygodniami. Kupywate położone jest w południowo-wschodnim krańcu Strefy i skażone nie było. Nasze dozymetry milczały jak zaklęte, nie było zatem obaw i nikt nie odmówił poczęstunku. A ten składał się z domowego chleba, kiszonych ogórków, słoniny i – oczywiście – bimbru. Z chleba i ziemniaków. Cymes! Niemniej fotografia wisząca w sieni, na której zobaczyliśmy naszą gospodynię zeszłej jesieni przygotowującą zaprawy z mnóstwa olbrzymich prawdziwków zebranych w okolicznych lasach wzbudziła gorącą dyskusję.

Ach! Z natłoku wrażeń bym zapomniał o Dudze – oku Moskwy. Drabinki są naprawdę przerażające.

Pojechaliśmy również do Sławutycza – córki Prypeci –  pracowniczym pociągiem elektrowni przez Białoruś, tereny rezerwatu radioekologicznego i mosty nad Prypecią oraz Dnieprem. W Sławutyczu odwiedziliśmy muzeum, którego kustosz nie tylko został dla nas po godzinach ale również przygotował polską ekspozycję. Była to szklana muchołapka, podobna do tej ze zdjęcia poniżej, której przeznaczenia nikt z nas pomimo oferowanej nagrody nie odgadł i polskie monety począwszy od przedwojennych przez PRL-owskie do będących w obiegu w III RP.

203pb_441

Podarowaliśmy kilka, których w kolekcji zabrakło i podziękowaliśmy pięknie.  Prawdziwy pasjonat, wzbraniał się przed jakąkolwiek gratyfikacją, a kiedy już udało się nakłonić do przyjęcia kilku banknotów zapewniał, że tylko pod warunkiem, że może je przekazać do kasy muzeum. Stoi tam na piętrze urna na datki. Entuzjasta, a przy tym gawędziarz, żeby nie napisać gaduła. Mógłby opowiadać nam do rana. Muzeum jest spore, w znacznej mierze poświęcone najnowszym dziejom miasta. Trudno o inne, skoro zbudowano je już po katastrofie.  Najbardziej interesująca była część poświęcona Prypeci, elektrowni i katastrofie. Sporo archiwalnych zdjęć, można sobie je zestawić, z tym, co widziało się na miejscu więc najlepiej do Sławutycza wybrać się po zakończeniu zwiedzania Zony. Nasz przewodnik, Marek, część z tych zdjęć pokazywał nam na żywo, podczas zwiedzania. Efekt bywa porażający. Ciekawa jest również makieta Prypeci przedstawiająca ją taką, jaką planowano, a nie zbudowano czyli sporo większą niż zdążono wybudować przed 1986 rokiem. Nocowaliśmy w bardzo przyzwoitym hoteliku. Mieszczącym się w byłej katowni KGB.

DSC_7444

Pozostałe noce spędziliśmy w Czarnobylu, w jednym z dwóch hoteli. Tym lepszym, z ciepłą wodą, darmowym dostępem do Internetu i barem. Na terenie Dziesiątki stoi znany z poprzedniej wizyty pomnik – słup z napisem„ Хай буде мир людству в усьому світі”. Wychodzi więc, że to moja druga wizyta w tym przybytku albo słupek został przeniesiony. Całkiem możliwe, bo Czarnobyl się zmienił. Przybył mu park z małą architekturą poświęconą katastrofie, bankomat (akurat niedziałający), a może i coś więcej. Tego nie wiem, bo w Czarnobylu tylko spaliśmy. No prawie, bo kilka miejsc odwiedziliśmy. Z potencjalnie ciekawych lecz pominiętych zabrakło czasu na jedyną na terenie byłego ZSRR synagogę z gwiazdą na fasadzie. Pięcioramienną i czerwoną, bo świątynia służyła Sowietom za siedzibę partii.

Hotel przypomina trochę internat. Zamykany jest na głucho o 22:00 i nie sposób się z niego aż do poranka wydostać. Klimat trochę jak z I Am Legend. Potęgowany wyciem i ujadaniem watah bezpańskich psów. Efekt psuje jednak widok rozświetlonych okien w okolicznych domach i blokach.

Przesada, w internatach nie ma wyszynku  – powie ktoś. No tak, tu jest ale tylko trochę, bo wyłącznie od 19:00 do 21:00 i to tylko jeśli jest komu stanąć za barem. W całym Czarnobylu zresztą można kupić alkohol tylko w tych godzinach. Do alkoholu zalicza się piwo. Jeśli widzi kto z miejscowych, a jeśli nie, to nie.

Strefa to w zasadzie państwo w państwie. Prawo ma swoje, służby swoje, a granicy państwowej nikt nie pilnuje. Za to granicy z resztą kraju – owszem. A służby, jak to służby, zwłaszcza na Wschodzie patrzą na człowieka z góry. Co tam policjant, urzędnik, strażnik, czy strażak. Każdy funkcyjny, jeśli tylko przywdzieje uniform, choćby to nie był mundur, a tylko fartuch uważa się za власть i jak na władzę przystało się zachowuje. W razie kontaktu Tobie przypaść może jedynie rola petenta. Ale, jak pokazał przykład sklepu odpowiednim tonem i ilością извините oraz пожалуйста można uzyskać odrobinę przychylności. Смешно и страшно się za to robi, kiedy dochodzi do starcia dwóch służb. Tak było w trakcie zwiedzania elektrowni w Czarnobylu. Kilka kontroli, dozymetryczne, wykrywacze metali, paszporty po raz pierwszy, drugi, trzeci. Oprowadza nas dwoje uroczych pracowników, pani Julia i noszący swojsko brzmiące imię pan Stanisław. W trakcie kluczowej kontroli spokojnie tłumaczy znudzonej ślicznotce, że wszystko ustalone, zgodne z procedurami, że komplet dokumentów, że lista i tamto i siamto. A panna się spina i uparcie twierdzi, że nie, i że nie wpuści. No to jeszcze raz i raz jeszcze, aż w końcu, że trzeba czytać od początku do końca, a nie tylko patrzeć na nagłówek pierwszej strony. I znów i znowu, a panna swoje. Spojrzała na grupę, niby zerknęła na pierwszy podawany paszport ale zrezygnowała. I jeszcze raz. Aż wezwali smutnego pana. Też w mundurze w zielonym kamuflażu, znów słowne przepychanki i pohukiwania. Encore! Oпять, еще раз! Aż w końcu zaczęli sprawdzać i wpuszczać. I tu wyszło szydło z worka. Pannica najwyraźniej nie… czytała łacinki! Wierzyć się nie chce. Wychodząc musieliśmy pokonać tę samą procedurę ale wtedy przyszedł oficer w mundurze galowym zamiast kamuflażu i jakoś to poszło. A niegramotnej napięcie wyraźnie opadło i co niektórych obdarzyła nawet uśmiechem.

Trzeciego dnia naszej wizyty przypadały urodziny jednej z uczestniczek wyprawy. Taką okazję należało uczcić. Obchody sprawiły, że integracja wykroczyła poza naszą kilkunastoosobową grupę i zyskaliśmy kamrata  w osobie пожарного командира. Komendant to jegomość słusznej szarży i postury. Słusznym przymiotom towarzyszyła postawa, również słuszna i ta powierzchowność sprawiła,  że zyskał przy stole przydomek  Generał. Nasz nowy druh za kołnierz nie wylewał, a my przekonaliśmy się, że wspomniane пожалуйстаизвините nie wszystkim są potrzebne. Więcej nawet, bo jedno spojrzenie wystarczy by bar udostępniał swe skarby niczym baśniowy Sezam. A im szerzej udostępniał, tym większa w komendanta chęć zacieśniania więzi nachodziła, zwłaszcza ponad płciowymi podziałami. To z kolei sprawiło, że niechcący wplątany zostałem w występek bigamii.

Nazajutrz odwiedziliśmy elektrownię. Od środka, ze sterowniami i centrum monitorowania oraz nowym sarkofagiem – Arką. Z kilku stron, z bliska i daleka. Budowla jest imponująca, opisano nam dokładnie stan starego, sposób budowy i montażu nowego. Robi wrażenie. Nie mniejsze niż fotografie przedstawiające dach sarkofagu po 2005 roku. Czyli wtedy, kiedy staliśmy jakieś 100 metrów od niego w maju 2007 roku… I kolejna makieta, starego sarkofagu, z przedstawieniami postaci usuwających ręcznie gruz z dachu. Bardzo ciekawy był też spacer po korytarzach, nie tylko tym Złotym, przejściach i klatkach schodowych…

Ja wiem, że to od trzydziestu lat ЧАЕС pozostaje w ciągłej likwidacji i nikt się tu nie pali do remontów, tym bardziej, że jest kupa pilniejszej roboty. No ale dlaczego ani jedne drzwi porządnie w ościeżnicy nie siedzą, a okna trzymają się na taśmie malarskiej? Tu rura jakaś na sznurku wisi, tam na drucie przerdzewiałym zawiązana, tu wiaderko stoi, bo z sufitu kapie. Co tam kapie, się leje. Może trzydzieści lat zrobiło swoje. Może, a może to tak budowane było? A jeśli tak, to nic dziwnego, że pierdyknęło.

2007-2017-czb
Pomnik przy Bloku nr 4 w 2007 i 2017 roku (więcej porównań w osobnym wpisie)

Strefa żyje. Może i bardziej adekwatnie nazwano ją po białoruskiej stronie, bo rezerwatem. I faktycznie to jeden z większych rezerwatów w Europie. Nasi przewodnicy wiele opowiadali o łosiach, wilkach, a nawet niedźwiedziach. My widzieliśmy tylko cietrzewie. Nie, wcale nie chodzi o piwo Тетерів, bo co prawda i ono nie umknęło naszej uwadze, jednak chodziło o jak najbardziej żywych przedstawicieli awifauny.

pivo-ppb-teteriv-svetloe

A Prypeć? W mieście sporo zieleni widzieliśmy już dziesięć lat temu, dziś miasto porósł las, ponad który wystają tylko dachy najwyższych budynków. Istotnie, kiedy się zazielenią niewiele tu chyba można zobaczyć. Przekonałem się o tym zaraz po wjeździe do strefy. W 2007 roku przyjechaliśmy miesiąc później, gdy na drzewach były już rozwinięte pierwsze liście. Byłem wtedy przekonany, że pomiędzy posterunkiem w Ditjatkach, na granicy Strefy, a Czarnobylem jest tylko gęsty las. Teraz przekonałem się, że tuż za okrajkiem – szpalerem drzew i gęstych krzewów – niemal wzdłuż całej drogi stoją domy.

Tak, rezerwat brzmi dużo lepiej, bardziej optymistycznie niż Strefa Wykluczenia. Ale gdyby tu o optymizm chodziło, to czy ukraińskie władze zamiast liberalizować przepisy obowiązujące w Strefie by je zaostrzały, jak twierdzili nasi przewodnicy sypiąc przykładami jak z rękawa? Powołując się oczywiście na względy bezpieczeństwa jakby na przekór temu, co zdaje się wynikać z tego, co twierdzą naukowcy? Owszem, dziś o wiele łatwiej i chyba nawet taniej dostać się do Prypeci niż dziesięć lat temu ale turystyki nadal oficjalnie w Zonie nie ma. Ba! Nie ma nawet prawnej możliwości prowadzenia tam działalności gospodarczej. Życie życiem, a kasa zgadzać się musi? Kto wie, czy Ukraina nie potrzebuje jej dziś bardziej niż dziesięć, kilkanaście czy nawet dwadzieścia lat temu? Turyści, hotelik, restauracyjka? Bez żartów. Wypłacane dotacje, międzynarodowa pomoc, fundusze i co tam jeszcze, to ponoć nawet i dziesiąta część ukraińskiego budżetu.

Promieniowanie

DSC_4456_7_8
Takie grzanie, to nie grzanie. Mniej niż w domu.

A radiacja? Bezpieczna dawka pochłonięta jednorazowo to mniej więcej 200 mSv. Jedne źródła podają, że mniej, inne piszą o 250. My odczytywaliśmy dziesiąte części  mikrosiwertów na godzinę czyli milion razy mniej, a nawet dwa miliony. W miejscach uchodzących za skażone dozymetry wskazywały 1, czasem 2 μSvh. Na gąsienicach i kołach sprzętu likwidatorów skakało do kilku czasem w okolice 20-30. Przy sławnym chwytaku było więcej. Tym, którym usuwano gruz z dachu Bloku nr 4.

DSC_3463_4_5

Skoczyło gdzieś do pięćdziesięciu kilku mikrosiwertów na godzinę. O dziwo na składowisku Rosocha, przy częściach śmigłowców – tak, tych śmigłowców – było mniej. Stoi tam amfibia z częściami helikopterów wrzuconymi na pakę. Tam też dozymetry piszczały. Ale naprawdę to  grzało w hallu szpitala. Kiedy oparło się o ladę recepcji, na której leżał strzęp odzieży (czapki?) strażaka. Strzęp wyniesiony z piwnic, do których wrzucone zostały ich ubrania. Tu odczyty dozymetru przysuniętego na kilka centymetrów do szmaty skoczyły ponad 1,5 mSvh. Swoją drogą ciekawe, co za mędrcy to stamtąd wyciągają? I co z tym robią, bo z tego, co usłyszeliśmy ciuchów i butów z roku na rok ubywa. Dozymetry oprócz odczytywania aktualnej dawki promieniowania potrafią sumować dawkę pochłoniętą. Okazało się, że w ciągu doby pobytu w Zonie otrzymywaliśmy około 2,5 μSv. Dla porównania zdjęcie rentgenowskie klatki piersiowej oznacza dawkę 7 mSv. tj. 7000 μSv. Jak łatwo policzyć pięciodniowa wizyta w Strefie Wykluczenia oznaczała dla nas dawkę 11 μSv. Pozostając w pierwotnym temacie „Pyr…” lot z Warszawy do Pekinu i dwukrotne przejście przez skaner na lotnisku oznaczał dawkę ok. 20-40 μSv bowiem godzina lotu na wysokości przelotowej to średnio ok. 2 μSv (choć w sieci można znaleźć informacje, że nawet 8). Oznacza to, że w czasie całego pobytu w Strefie dawka była przynajmniej o połowę mniejsza niż w czasie naszego lotu w jedną stronę.

promieniowanie-loty
Żródło: „Latać czy nie latać?” – Instytut Fizyki Jądrowej PAN

Jako się rzekło: Prypeć kompletna, zwiedzanie ukończone. I co teraz? Może aralska Wyspa Odrodzenia – Остров Возрождения?

Reklamy

2 komentarze Dodaj własny

  1. PP pisze:

    No ładnie, teraz to już całkowicie i baaardzo żałuję, że się nie wybrałem na tę wycieczkę. Nie sądziłem, że może być aż tak bogata w miejsca do zwiedzania. Może jeszcze kiedyś się wybiorę(rzemy)? 🙂
    Dzięki za wrzucenie aktualizacji. Niezmiernie ciekawa, jak zwykle zresztą 🙂

    Polubione przez 1 osoba

    1. rredan pisze:

      Też się tylu atrakcji nie spodziewałem. Większość z tych miejsc, w których byliśmy należy do „strefowego kanonu”. Poza Maszewem, które często odwiedzane nie jest. Jeśli wziąć pod uwagę, że spoza Prypeci wysiedlono więcej mieszkańców niż z samego miasta, to w Strefie musi coś jeszcze być :). Wysiedlono 120 tys., a P. miała niespełna 50, Czarnobyl – mniej niż 15, Poliśke – 10. Czyli w niemal 190 wsiach mieszkało przynajmniej 40 tys. ludzi. Poliśkie, trzecie miasto strefy podupadało bardzo długo i ostatecznie wysiedlone było dopiero w ’99 r. więc tam nic prawie nie zostało. Ale co kryje się po wioskach i wioseczkach? Np. Zamosznia (Замошня, na poklskiej mapie z 1910 jest opisana jako Zamosze), o której usłyszałem po raz pierwszy po powrocie. Są tam ruiny klasztoru Staroobrzędowców.
      Ja o kolejnej wizycie nie myślę ale się zarzekać, że już nigdy tam nie pojadę też nie będę ;).

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s