Czarownice i mnich bez głowy

dnia

Kanion Szaryński

Noc minęła spokojnie, solfugi nie przyszły, żadnych nadprzyrodzonych i przerażających zjawisk również nie doświadczyliśmy.

camel-spider
Źródło: Melodyssey

Mamy nadzieję że „wielbłądzie pająki” uda się zobaczyć nad jeziorem Issyk albo w południowym Kazachstanie, a na razie pozostajemy pod wrażeniem innego spotkania. Poprzedniego dnia  jadąc przez step zatrzymaliśmy się na gruntówce prowadzącej do parkowej strażnicy żeby podziwiać bezmiar przestrzeni skąpanej w pomarańczowym świetle przedwieczora. Okolica prezentowała się iście marsjańsko.

steppe_eagle_bocos
Żródło: IBC

Kilkanaście metrów od nas, tuż przy drodze poruszyło się coś dotąd niewidocznego wśród roślinności i kamieni. Pewnie jakaś kuropatwa – pomyślałem. Jakież było nasze zdziwienie kiedy sylwetka okazała się zupełnie do kurowatych niepodobna, w dodatku rozłożyła ogromne skrzydła i majestatycznie wzbiła się w powietrze, zatoczyła koło nad naszymi głowami i odleciała w stronę pobliskiej skalnej grzędy. Orzeł jak nic, może przedni, może stepowy, to już pozostanie dla nas zagadką.

DSC_7448_49_50

Około piątej rano, po szybkiej kawie, kiedy słońce chowało się jeszcze, bo nie wzeszło ponad ściany Kanionu wybraliśmy się na zwiedzanie Doliny Zamków. Przed zachodem słońca oraz o poranku skały prezentują się bowiem najkorzystniej. W dodatku rano nie doskwiera jeszcze upał. W nocy też bywa magicznie. Co tam Bieszczady! Tutaj dopiero jest niebo! Możliwości pięknie obrazują mapy zanieczyszczenia światłem. Mniej więcej ta sama skala, na pierwszym obrazku widoczna jest Polska z – między innymi  – Helem, Poznaniem i Warszawą, na drugim polskie, słowackie i ukraińskie Karpaty, a na trzecim obszar obejmujący naszą wycieczkę, od Biszkeku, przez Ałmaty po Ili w chińskim Sinciangu z Kanionen Szaryńskim, Parkiem Ałtyn-Emel, jeziorami Issyk i Song Kol. Można sobie samemu pooglądać na melown.com.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

_DSC0637

Cóż, nam podziwianie gwiezdnego spektaklu uniemożliwiła pełnia. Za to w zwiedzaniu nic i nikt nam nie przeszkadzał. Nad rzeką obozowały jeszcze dwie ekipy, kilku Rosjan i – według strażnika – grupa polsko-czeska. Ale jeszcze nie wstali i cały, dosłownie cały kanion mieliśmy wyłącznie dla siebie. Wyobrażacie sobie? Nawet jeśli nie największa ani najważniejsza, to chyba najbardziej popularna atrakcja kraju i nie musimy się nią z nikim dzielić! To jakby być samemu nad Morskim Okiem. Zdarzyło mi się kiedyś coś takiego. W długi weekend. Listopadowy, ten z Wszystkich Świętych. W dodatku nie spadł jeszcze śnieg, przyszedł wyż niosący skądś tam, pewnie znad Afryki Północnej ciepłe powietrze i pogoda zapanowała cudownie sprzyjająca górskim wędrówkom. A w Kanionie Szaryńskim jesteśmy w połowie lipca, szczycie turystycznego sezonu.

DSC_7610

Podziwiamy fantastyczne kształty skał, kołujące gdzieś wysoko nad nimi sylwetki kań i czmychające do nor na ich widok pieszczanki. Kiedy ptaki odlatują dno kanionu ożywa urządzanymi przez mysie rodziny harcami. Kto by pomyślał, że te miłe zwierzątka są odpowiedzialne za przenoszenie dżumy, kojarzone zwykle ze szczurami?

W skałach nietrudno dostrzec znajome kształty, tu lew, tam małpolud, pies czy żółw, a tam jeszcze coś innego. W jednym z ostańców dopatrzyliśmy się sylwetki mnicha bez… głowy, za to w przepasanym sznurem habicie z kapturem.

DSC_7562_3_4

Zdekapitowany braciszek ma nawet różaniec, a stoi na cokole zbudowanym z ludzkich czaszek, u podstawy którego leży jego głowa. Tej z kolei z wrodzoną ciekawością przygląda się siedzący nieopodal kot. Czerwony, nie czarny ale gatunek z atrybutem czarodziejstwa jest zgodny. To nie jedyny widz, bo za plecami mnicha zbite w dwie grupy stoją kobiece postaci, zapewne czarownice. Możliwe, że sprawują nad mnichem jakiś przerażający sąd, czy może rytuał.  Gdy wyszykujemy nowe detale i snujemy kolejne wersje tkanej w wyobraźni sceny opowiadam, a raczej wspominam fragmenty wyczytanych w sieci jeszcze przed wyjazdem legend.

Nie są zbyt wyszukane i, oczywiście, wśród nich pojawiają się wiedźmy w roli głównej. Pono cioty zwabiały w pobliże urwisk podróżnych i zwyczajnie, bez zbędnych ceregieli spychały ich w przepaść. Ot, tak, po prostu, żadnych porywających przemów, widowiskowych rytuałów ni zaklęć ani nawet porządnego kęsim kęsim. Druga to w zasadzie jedynie wersja już przytoczonej. Otóż kanion ma być bramą do trzewi Ziemi, której strzegą duchy. Nadprzyrodzeni strażnicy nieuzasadnione wtargnięcie śmiertelnika w tę okolicę karać mieliby dokładnie w ten sam sposób – zepchnięciem ze skał. W kanionie znajdywano wiele kości, jednak żadnych ludzkich i dziś tłumaczy się, że są to szczątki zwierząt zapędzonych nad krawędzie przez wilki. Wilków nie widzieliśmy, naszemu odjazdowi przypatrywał się za to szakal złocisty. Taki widok w Polsce może już niedługo być zupełnie zwyczajny, bo od kilku lat obserwuje się ekspansję tego gatunku w Europie Środkowej. Ja tam wolę naszych swojskich lisich rudzielców. Do legend lepiej pasuje rosyjska wersja nazwy z „sz” zmienionym w „cz”: Чарынский каньон. To nic, że wzięła się nie od czarów, a od nazwy rzeki, a ta od rosnącego na jej brzegach jesionu tienszańskiego (Fraxinus sogdiana), w staroujgurskim „чарун”. Po dwóch, może trzech godzinach spaceru zawracamy w stronę rzeki i naszego obozowiska, a po chwili spotykamy ekipę objuczoną plecakami zmierzającą w stronę asfaltu. Naszą narodowość zdradza „peelka” w napisie na t-shircie, na widok której witają się z nami swojskim „cześć”. No tak, któż inny przyjechałby do tego miejsca na końcu świata jeśli nie Polacy?

DSC_7454_5_6

Po śniadaniu urządzonym nad rzeką zabieramy się za zwijanie obozowiska. W międzyczasie pojawia się znajoma Łada, a jej jedyny pasażer i kierowca w jednej osobie wesoło woła: Привет! Jak się spało? Grzecznie i równie radośnie odpowiadamy na powitanie, a co dopowiedziałem sobie w duchu, tego nie powtórzę. Trochę popędzam ekipę, bo chociaż ciągle jest  wcześnie, to czeka nas bardzo długi dzień. Przed nami niemal 450 kilometrów jazdy, bowiem w planach oprócz wizyty nad jeziorem Kajyngdy jest dotarcie do Parku Narodowego Ałtyn Emel. Kompletnie od czapy, bo to oznacza jazdę w kółko i lepiej byłoby pojechać najpierw na północ, a do jeziorka zboczyć od strony Kegenu jednak nie jestem pewien widocznej na mapie lecz niepojawiającej się w żadnej ze znalezionych relacji drogi prowadzącej z Kegenu do Sat.

Jezioro Kajyngdy

Ruszamy! Po około dwudziestu kilometrach docieramy do rozdroża, na którym powinniśmy skręcić w podrzędną drogę. Wedle pierwszych wrażeń niespełna roczny UAZ sprawuje się doskonale, zarówno na asfalcie, jak i w terenie, wnętrze ma przestronne niczym autobus, a nasze bagaże mimo, że rozbebeszone nie zajmują nawet połowy bagażnika. Demonem prędkości za to nie jest i więcej niż 120 km/h trudno z niego wydusić. Na prędkościomierzu wskazówka pokazuje co prawda dużo więcej ale odczyty dwóch odbiorników GPS, z zasady bardziej wiarygodnych dowodzą, że zegar dodaje w wyższych rejestrach do faktycznej prędkości jakieś 20-30 km/h. Jeszcze inna bajka to wskaźnik poziomu paliwa i komputer. Podczas tankowania po trzecim odbiciu staje w okolicach ⅔ pojemności i dopiero po przejechaniu kilkunastu kilometrów skacze do czterech piątych. Komputer zaś podaje zasięgi kosmiczne, podczas gdy wskazówka po przejechaniu trzystu kilometrów spada niemal do zera. Właśnie tyle przejechaliśmy, ruszaliśmy spod hostelu z pełnym bakiem, po drodze dolaliśmy jakieś dwadzieścia litrów ale ile teraz jest w baku nie mam pojęcia. Stacje benzynowe mijaliśmy niemal w każdej mieścinie ale jechaliśmy główną drogą, a teraz mamy przed sobą jakieś sto pozbawione czegokolwiek. Jeśli w Satach nie będzie stacji, to dystans się podwoi. Mieszkańcy owych Sat muszą się gdzieś zaopatrywać w paliwo! I pojechaliśmy.

DSC_7697

Droga była… Poszatkowana, to opisuje ją najlepiej. Fragmenty lepiej lub gorzej zachowanego asfaltu poprzecinane były dłuższymi i krótszymi odcinkami doskonale ubitego szutru. Nie można nie wspomnieć, że na szosie toczą się intensywne prace budowlane i użyciem ciężkiego sprzętu więc wkrótce na pewno będzie się nią do samiuteńkich Sat podróżowało komfortowo. Na razie zdecydowanie pewniej czułem się na szutrze niż pofałdowanym asfalcie. Na skrzyżowaniu przed pierwszą miejscowością na trasie, to znaczy kilkanaście kilometrów przed Satami, rzuciłem okiem na wschód czyli w stronę Kegenu. Droga wcale nie wyglądała dużo gorzej, później widzieliśmy jej drugi koniec. Wydaje się, że spokojnie mogliśmy wybrać ten wariant dojazdu. Zaoszczędzilibyśmy co prawda zaledwie 70 km ale za to moglibyśmy pojechać dwadzieścia kilka kilometrów gruntówką przez step wzdłuż krawędzi kanionu aż do skrzyżowania z drogą do Szonży.

Znaleźliśmy stację i zatankowaliśmy niemal pełen bak choć kontrolka rezerwy się jeszcze nie zapaliła, a komputer pokazywał średnie zużycie na poziomie ok. 8 l/100 km. Вот техника! – jak wedle anegdoty rodzime osiągnięcia inżynierii transportu gdzieś w połowie drogi podsumował pewien Rosjanin podróżujący pociągiem z Moskwy do Władywostoku, gdy zagadnąwszy współpasażera z przedziału o cel podróży usłyszał, że ów podąża tą samą linią acz w przeciwnym kierunku.

DSC_7704_5_6

Po udanych zabiegach na stacji podjechaliśmy jeszcze do sklepu, do którego dostępu bronił tabun szukających cienia koni. Tu chyba znów zadziałała magia kirgiskiej tablicy rejestracyjnej, bo przyjęto nas dosyć chłodno. Ale przecież rysy nie te, rosyjski jakiś kulawy, a znajomość kazachskiego żadna (Kazachowie i Kirgizi rozumieją się nawzajem). Po chwili padło sakramentalne pytanie o kraj pochodzenia i zadowalająca odpowiedź, co jak zwykle przełamało lody. Szybkie zakupy czegoś do picia przerodziły się w dłuższą rozmowę, a raczej wypytywania. Wcale nie narzekam, te pytania nie były prawie nigdy nachalne, a po prostu dość powtarzalne. Tym razem ich repertuar został wzbogacony o dodatkowe. Co to się stało, że tylu Polaków do nas przyjeżdża w tym roku? Przyjeżdżacie od kilku lat ale nigdy dotąd tylu, co teraz. To chyba nie przez EXPO, bo na wystawę przecież nie tylko Polacy przyjeżdżają. Acha, czyli jednak promocje LOT-u i Wizza zadziałały. W sklepiku byliśmy świadkami komicznej z naszego punktu widzenia sytuacji. Dwie panie w słusznym wieku i – zdaje się – ubrane raczej odświętnie niźli codziennie też robiły zakupy. Jakieś ciastka, coś tam jeszcze, nic niezwykłego. W pewnym momencie konspiracyjnie ściszyły głos, a sprzedawca zniknął na zapleczu. Wrócił ze sporym kartonem po dnie którego turlało się najzwyklejsze w świecie pół litra. Chwila narady, szybko wymienione zdania. To jeszcze colę do tego! We wsi nie widzieliśmy cerkwi, jedynie meczet i to tłumaczy całą tę sytuację, a jednak rozbawił mnie widok dwóch mocno dorosłych kobiet zachowujących się niczym gimnazjalistki w Żabce.

DSC_7710_1_2

Kilkanaście kilometrów dalej, przy mizarze drogowskaz z nazwą jeziora nakazuje zjazd z asfaltu. Z pobliskich jezior Kolsajskich jeszcze w kraju rozmyślnie zrezygnowałem. Powszechnie wszak wiadomo, że nie ma nic piękniejszego od tatrzańskich MOK-a i Piątki. Wahałem się nawet, czy warto jechać do Kajyngdy, bo na zdjęciach znalezionych w sieci widok nie zachwycił. Ale skoro wszyscy tam jeżdżą, a dystans, jak na Kazachstan, jest niewielki, to postanowiłem sprawdzić na własnej skórze choćby przez wzgląd na wyjątkowość jeziora. Wystające z toni kikuty nie przekonywały, zdecydowały jego młody wiek (dosłownie). Powstało w wyniku osuwiska wywołanego trzęsieniem ziemi w dolinie Czongkemin z 3 stycznia 1911 roku o sile 7,7° w skali Richtera. Co ciekawe poszkodowanych w jego ramach zostało niewiele ponad tysiąc osób, a to tylko dlatego, że przed rewolucją październikową mieszkańcy Azji Środkowej w zasadzie nie budowali miast, a waląca się jurta nie jest bronią masowego rażenia. Niespełna dziesięć lat później trzęsienie o podobnej sile w chińskiej prowincji Gansu zabiło dwieście tysięcy ludzi.

Po fakcie trzeba przyznać, że to była cudna wycieczka, a cel wart jest przejażdżki. Nawet nie cel, bo widok z plaży jest ciekawy ale nie powala. Na kąpiel też trudno się zdecydować, skoro latem temperatura wody wynosi około trzech stopni. Warto wyjść na zbocze na południe od plaży. Zbocze schodzi do jeziora kolorowym łanem rozkwieconej łąki, a pomiędzy ziołami rośnie mnóstwo poziomek. No i widok  rozciąga się stąd piękniejszy.

Jezioro jeziorem ale gwoździem programu jest droga do niego. To zdecydowanie był najfajniejsze kilkanaście kilometrów z całej naszej trasy zrobionej w obu krajach podczas tego wyjazdu. Porządne wertepy, bród i spory kawałek w górę rzeki. Nie, wcale nie wzdłuż. Po dnie, jej łożyskiem, a nawet korytem. Zabawa była przednia!

W drodze powrotnej pomogliśmy Rosjaninowi wyratować z opresji parę Niemców, która utknęła na podjeździe w rozkraczonym Foresterze. Usterka nie wyglądała krytycznie i po przeciągnięciu Subaru paręnaście metrów i drobnych zabiegach zdecydowali się pojechać dalej. A jednak nie był to koniec ich przygód bowiem widzieliśmy później, że ktoś miejscowy holował ich po asfalcie. Dla nas najbardziej elektryzującym momentem było odnalezienie muchy utopionej w barszczu podczas obiadu w restauracji urządzonej w największej z jurt tworzących turystyczny kompleks na skraju Sat.

Ałtyn Emel

Trzysta pięćdziesiąt kilometrów do Basszy, siedziby Parku Narodowego pokonaliśmy bez ekscesów. Wróciliśmy znanymi już drogami do zjazdu na Kanion i jeszcze kawałek do rozwidlenia dróg, potem na drugą stronę rzeki Szaryn i skręciliśmy na północ. Im bardziej zbliżaliśmy się do rzeki Illi, którą również musieliśmy przekroczyć, tym zieleńszy stawał się krajobraz. W dalszym ciągu bezdrzewny, a tym bardziej bezleśny, jednak soczysta zieleń po kilku godzinach przemierzaniu stepu dawała wytchnienie. Najdziwniejsze, że pięćdziesiąt kilometrów jazdy wśród zieloności nadal oznaczało jazdę po pustkowiu bez wsi ani upraw. Zaznaliśmy za to pierwszego kontaktu z autostradą. Co prawda w budowie ale jednak, za kilka dni będziemy jeździli gotowymi odcinkami i wtedy przyjdzie czas na opis wrażeń.W okolicach Koktal skręcamy na zachód, a gdybyśmy wybrali przeciwny kierunek, to w godzinę dotarlibyśmy do przejścia granicznego z Chinami w Korgas. Nie zdecydowaliśmy się na zboczenie z trasy. Do Chin i tak byśmy nie wjechali, chociaż Korgas to obszar bezwizowy, a procedury graniczne są tam maksymalnie uproszczone. Dla Kazachów. Na satelitarnych zdjęciach widać, że chińskie 霍尔果斯 (wieś po stronie kazachskiej nazywa się tak samo) jest sporym ośrodkiem handlowym i logistycznym, a jednak w obu możliwych kierunkach na szosach prowadzących w głąb kraju ruch był w zasadzie żaden. Jadąc z południowego zachodu (z kierunku Ałmat) spotkaliśmy zaledwie kilka Kamazów z naczepami, a na zachód (też w kierunku Ałmat)… nikogo. Bardzo to ciekawe zważywszy, że na ciągnącej się przez półtora tysiąca kilometrów granicy chińsko-kazachskiej czynnych jest zaledwie pięć przejść granicznych, a to w Korgas jest bodajże drugim najważniejszym spośród nich.

DSC_8151_2_3

Drugi raz unikając tego dnia burzy (pierwsza przeszła, kiedyśmy pałaszowali zupę z muchy), tuż przed zachodem słońca, dotarliśmy do celu. Pogoda i otoczenie nie zachęcały do noclegu pod namiotem, biuro Parku dawno już zostało zamknięte na cztery spusty, a mając w pamięci wczorajszą prawie aferę ze strażnikiem z Kanionu nie bardzo chcieliśmy ryzykować wjazd bez wykupionego pozwolenia nawet z zamiarem porannego powrotu w celu dopełnienia formalności. Na szczęście we wsi brzydkiej jak noc listopadowa znajdujemy hotel, a w nim dwa wolne pokoje typu lux, co oznacza własną łazienkę. Reszta zajęta jest przez zaskakująco liczną grupę turystów z Niemiec. Nocleg z obiadokolacją oraz śniadaniem kosztuje sześć tysięcy za osobę ale na posiłek się nie załapujemy, bo kuchnia już zamknęła swoje podwoje. Nie mam siły na negocjowanie ceny, to był stanowczo za długi dzień by temu zadaniu podołać, poza tym panie, z którymi przyszło się dogadywać niechętnie korzystają z języka rosyjskiego, a po kazachsku rzecz jasna nie trybimy ni słowa. Mojej irytacji dopełnia jeszcze konieczność zdejmowania butów w wejściu do hotelu. Zwykle nie mam problemu z tym powszechnym nie tylko na wschodzie zwyczajem jeśli chodzi o dom, mieszkanie, a nawet hostel. W Ałmatach wydawało się to oczywiste, w Astanie, ponieważ hostel był sporym obiektem, trochę dziwne, a tutaj jest idiotyczne. Żeby jeszcze jakieś miejsce na przechowywanie obuwia było zaaranżowane. Bo to ja wiem? Półeczki niczym w przedszkolu, bo szafek przecież nie wymagam. Ale nie, buty walają się po całym hallu, goście i personel się o nie potykają, a błoto, które w trakcie tych potknięć z nich spada i tak bosymi stopami po całej przestrzeni jest roznoszone. Ale klnę, zzuwam i wzuwam za każdym razem kiedy trzeba przejść z budynku do budynku, coś przynieść z auta albo wyjść na…, no, zaczerpnąć powietrza, bo duszno jest strasznie. Znajdujemy jeszcze otwarty sklepik, niestety zakup Kazachstanu, brandy z powodzeniem zastępującej tu Ararat okazuje się w nim niemożliwy ale udaje się zdobyć zupki chińskie w wypasionej odsłonie znanej nam już z pobytu w Chongqing. Przygotowujemy je na kocherze pod prysznicem i zjadamy w pokoju bowiem wszelkie dostępne stoły, kanapy i ławy poza nimi z wrodzoną skłonnością okupują szkopy. Teutoni przydają się jeszcze do poznania hasła do sieci, bo ze względu na barierę komunikacyjną personelu nawet o to nie pytaliśmy. Zasypiamy zanim głowy dotkną poduszek…

Reklamy

Jeden komentarz Dodaj własny

  1. Już nie muszę tam jechać :-)! Wszystko wiem . Twoje opisy i zdjęcia w zupełności wystarczą :-)!

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s