Najbrzydsza stolica na świecie

dnia

DSC_8877

Noc w jurcie zapamiętamy na długo. W październiku na Islandii, mimo że namiot pokryty był szronem wydawało się, że jest jeśli nie cieplej, to przynajmniej podobnie. Z drugiej strony muszę przyznać, że tam nastawieni byliśmy na arktyczne warunki, a tu przyjechaliśmy na wywczas spodziewając się czterdziestostopniowych upałów.

DSC_8888_89_90DSC_8897_8_9

Pierwsze chwile dnia spędziliśmy podziwiając okolicę, stada zwierząt i podglądając zajęcia naszych gospodarzy. Te zaczęły się od rozstawienia przed jurtą turystycznych krzesełek, przyniesieniu lornetek i poszukiwania podopiecznych. Lornetka krążyła z rąk do rąk. Kobiety typowały stado, a szef oceniał, czy zostało poprawnie dobrze rozpoznane. Potem ktoś szedł lub dosiadał konia i przyprowadzał zwierzęta na oględziny i konieczne zabiegi. Owce, konie, krowy. A jaki? Tak, jaki też mają ale o tej porze roku pasą się wysoko w górach. Dlatego na przełęczy ich nie spotkaliśmy i nie ma na to szans,  nie w lipcu. Trudno, jakieś rozczarowania na wakacjach też być muszą.

Podczas, gdy opatuleni we wszystkie ciepłe ciuchy próbowaliśmy się ogrzać gorącą herbatą  do reszty rodziny dołączyła poznana wczoraj amatorka czereśni, Ajszola. Bosa dziewczynka w cienkiej koszulinie nic nie robiła sobie z iście późnojesiennej temperatury. Jej rodzice, sami okutani nie mniej od nas,  również.

20233036_10203538376457980_2451168963517621693_o

Jedno można o naszym gospodarzu powiedzieć z cała pewnością. Facet ma rułę. Na powitanie odpowiedział dziwiąc się, że tak wcześnie wstaliśmy ale już zaraz, za momencik śniadanie będzie gotowe i pytając się, czy nie wybralibyśmy się na konną przejażdżkę?


– Pewnie, że tak!
„Już zaraz trwało jednak w przypadku śniadania sporo ponad godzinę. Później gospodarz zajął się własnymi sprawami i nie zanosiło się ani trochę żeby przejażdżka miała się odbyć jeszcze przed południem. No nic, szkoda, całego dnia tutaj spędzić nie mogliśmy. Tym bardziej, że ze znalezieniem zajęcia i na dni kilka nie mielibyśmy nad jeziorem najmniejszego problemu.

Pozostał spacer nad jeziorem, którego objechanie oznacza kolejne sto kilometrów jazdy.

Jeszcze jeden przystanek robimy podczas ponownej wizyty na przełęczy, bo dziś widoki są z niej o wiele rozleglejsze.

Ostatnie spojrzenie na góry i wyjeżdżamy na asfalt ruszając w stronę Biszkeku. Kilkadziesiąt kilometrów drogi już znamy ale jedziemy niespiesznie, bo pokonanie niemal każdego zakrętu otwiera przed nami nową, piękniejszą od poprzedniej panoramę. Droga łączy Naryn z Biszkekiem i jest naprawdę dobra. Na tym odcinku to zwykła dwupasmówka, żadna tam autostrada ani ekspresówka ale ma nową, betonową nawierzchnię bez jednej wyrwy czy dziury. Ruch jest niewielki, można by sobie pofolgować ale raz, że widoki, a dwa, nasz UAZ nie jest demonem prędkości.

W obu odwiedzonych krajach kierowcy praktykują dobrze nam znany zwyczaj ostrzegania się o obecności drogówki poprzez mrugnięcie światłami. Po jednym z nich zwalniam nieznacznie, chociaż jedziemy nie szybciej niż osiemdziesiąt kilka kilometrów na godzinę tylko po to, żeby móc się spokojnie przyjrzeć policjantom. Jakże jestem zdziwiony, kiedy widzę rękę z wyciągniętym lizakiem. Zdziwiony ale spokojny, bo nie mam nic na sumieniu, a poza tym mamy już przetestowany sposób na naciągaczy. Na rosyjskie przywitanie odpowiadam więc po angielsku. Policjant w tym języku nie mówi, pokazuje tylko na zegary, powtarza „скорость, камера” i gestem pokazuje żeby iść z nim i obejrzeć nagranie. No to idę. W radiowozie siedzi jeszcze jeden policjant, a na tylnej kanapie facet ubrany po cywilnemu obsługuje laptop z podłączoną kamerą i radarem. Okazuje się, że sprawnie włada angielskim. Pokazuje mi fotę Patriota i pomiar, wedle którego jechałem 83 km/h na drodze z ograniczeniem do siedemdziesiątki. Pytam o znak, facet mówi, gdzie stoi. Sprawdzę sobie to potem na StreetView. Faktycznie, stoi. W tamtej chwili to i tak jest mało ważne, bo pamiętam, że po mrugnięciu życzliwego kierowcy spojrzałem na wskazówkę prędkościomierza, która drżała gdzieś pomiędzy 70, a 80, a przecież sprawdziłem już, że UAZ swoje osiągi przecenia. Nawigacji nie włączałem, bo wiedziałem dokąd i którędy jechać, a korzystając z okazji ładowaliśmy telefony. Tylko jak dyskutować z radarem? Pozostali kierowcy – a jest ich tu paru, bo dzielni policjanci zatrzymują każdy samochód – w zasadzie w milczeniu, bez komentarzy ani nawet zaglądania na ekran razem z podawanymi dokumentami wręczają zwitki banknotów siedzącemu na fotelu pasażera funkcjonariuszowi i bez zbędnych formalności pośpiesznie ruszają w dalszą drogę. Podobnie próbował załatwić sprawę kierowca jadący za nami, który inaczej niż ja nie fatygował się do tyłu. Policjant zauważył, że się przyglądam i chyba postanowił zaczął sprawić wrażenie, że kontrola przebiega według procedur. Odesłał więc delikwenta do tyłu, kasy nie wziął, odłożył na sąsiedni fotel jego dokumenty i skinął na mnie. Wyciągnął taryfikator i zgodnie z tabelką wskazując odpowiedni jej wiersz zażądał tysiąca somów czyli około pięćdziesięciu złotych.
– Jeśli nie masz pieniędzy, to możesz pojechać do miasta, na poczctę albo do bankomatu, a potem tu wrócić…
– Nie trzeba, mam tyle przy sobie – odpowiadam wyciągając banknot.
Mundurowy oddaje mi dokumenty, bierze kasę i pyta:
Сонкёль? – widocznie po noclegu w jurcie roztaczam woń capa.
– Yes.
Куда едешь?
Czekam na tłumaczenie przez specjalistę IT i odpowiadam, że do Biszkeku.
– Można jechać, do widzenia!
Takie buty, a pieniążki trafią do kieszeni? O nie, nie ze mną te numery! – pomyślałem i odpowiadam – Jedna chwileczka, jeszcze mój mandat.
– Dostałeś już mandat na tysiąc somów!
– Tak, ale nie mam potwierdzenia, że zapłaciłem.
Facet tłumaczy, a jego koledzy mało nie parskają. Drugi „obsługiwany” delikwent obdarza mnie spojrzeniem zarezerwowanym dla skończonego debila, a funkcjonariusz z roześmianymi oczami próbując zachować powagę bierze z kokpitu jakiś formularz gęsto zadrukowany tysiącem rubryczek i wręcza mi go razem z długopisem wskazując kropeczki u dołu arkusza. Podpisuję.
– OK, to twój mandat, można jechać.
– Nie.
– Czego jeszcze chcesz?
– Kopii.
– Jakiej kopii?
– Kopii mandatu.  Chcę dowód na to, że dałem mu pieniądze.
Tłumaczy, w aucie atmosfera gęstnieje, chwilowo bezrobotny policjant łapiący samochody robi zdziwioną minę jednak niezmiennie roześmiany „inkasent” wykonuje ruch jakby zamierzał wyrwać kartkę z bloczku.

1000-som

– Tej kartki nie chcę. Na ma na niej mojego ani jego nazwiska, numeru rejestracyjnego, daty i miejsca wystawienia ani kwoty i powodu.
Tłumaczy. Zapada krótka ale wymowna cisza. Dowódca coś gardłowo odpowiada po kirgisku odkładając odrobinę zbyt gwałtownie plik z formularzem, który przed chwilą podpisałem jakimś nieczytelnym gryzmołem.
– Na pewno chcesz tę kopię? Dobrze rozumiem?
– Tak.
– OK, daj mu swoje dokumenty.
– Po co?
– Oddamy ci pieniądze, ale musisz dać dokumenty.
– Nie chcę pieniędzy. Chcę kwit, a dokumentów nie dam. On je już sprawdził je i wie, że są w porządku. Teraz ma moje pieniądze. Chcę tylko potwierdzenie.
Mundurowi szybko wymieniają niezrozumiałe dla mnie zdania, które nie zastają przetłumaczone. Drugi facet wygląda na chcącego się stamtąd tylko ulotnić.
– Co ja robię? Taka afera o głupi tysiąc somów! Zaraz mnie tu zglebią, skują i tyle będę miał, a nie kwit! – myśli przelatują w głowie i dodaję głośno –  Moje potwierdzenie, chcę dowód wpłaty. – Wyciągam telefon z kieszeni, to nic, że z kazachskiej karty odkąd wjechalismy do Kirgizji nie mogę wykonywać żadnych połączeń. – Jesteście z komisariatu w Koczkor? Podajcie numer do komendanta.
Dalej gadają coś po kirgisku, a cywil nie tłumaczy. – Nie dacie, to dzwonię do ambasady! – a w myślach – Psiakrew, czy w ogóle mamy placówkę w Kirgistanie? A nawet jeśli, to akurat się tam dodzwonię w niedzielne popołudnie. I co powiem? Że wywołałem awanturę z policją o 50 złotych, a teraz pan konsul ma mnie ratować? Acha, już widzę jak się rozpędza.
Gadanina w radiowozie ustaje, dowódca wyciąga w moją stronę dłoń z pieniędzmi, a tłumacz wyjaśnia:
– Bierz i jedź! – zabrakło tylko – Spierdalaj!
Już nie dyskutuję, biorę banknot, wsiadam do auta, wybucham śmiechem i włączam silnik zanim zmienią zdanie. Ruszając w lusterku widzę, że drugi kierowca już jedzie.
– Jego też go puścili?
Mija mnie trąbiąc i pokazując uniesiony kciuk.

To była ostatnia nasza przygoda ze stróżami prawa na drodze. Dobrze sobie czasem dopiero post factum zdać sprawę z niektórych realiów. Jadąc do Azji Środkowej wiedzieliśmy jaką opinią cieszy się tamtejsza drogówka ale były to ogólniki w rodzaju „jedna z najbardziej skorumpowanych formacji tego rodzaju na świecie”. Bywaliśmy już w postsowieckiej przestrzeni i wydawało nam się, że z grubsza orientujemy się w tamtejszych relacjach na płaszczyźnie власть – obywatel/petent. Nie zamierzam nikogo straszyć ale teraz wydaje się, że nie do końca zdawałem sobie sprawę, jak one w praktyce w przypadku kirgiskiej policji wyglądają. Być może refleksja na temat możliwego zakończenie przygody z chłopcami radarowcami była tyleż spóźniona, co uzasadniona. W publikowanych i łatwych do znalezienia w sieci raportach przeczytać można na przykład, że policjanci nadużywają swoich funkcji, wykorzystując nieuzasadnione aresztowania i groźbę ścigania karnego jako sposób wyłudzania łapówek”. Może się odechcieć dyskusji z mundurowymi po takiej lekturze. Zwłaszcza jeśli dodać do powyższego, że  dotyczy to głównie obcokrajowców. O tym, że są ulubionym celem co prawda wiedzieliśmy ale pozostawaliśmy w przekonaniu, że dotyczy to osób pochodzących z tzw. bliskiej zagranicy. Wiadomo, Kazachowie upodobali sobie złe traktowanie i wymuszanie łapówek od podróżujących tranzytem Kirgizów, Kirgizi od  Uzbeków, itp, itd. Owszem ale nie oznacza to, że pozostali иностранцы są bezpieczni. Zastanawiał nas przy tym żółty kolor naszych tablic, podczas gdy wszystkie inne samochody jeździły na białych. Okazało się, że „obcokrajowcy w Kirgistanie mają specjalne odróżniające się kolorem tablice rejestracyjne, które umożliwiają policji identyfikację i regularne ich namierzanie”, a wypożyczalnia, z usług której korzystaliśmy należy przecież do Amerykanina. 

Sukces negocjacyjny uczciliśmy lunchem w Koczkorze. W centrum, tam, gdzie ulica się rozszerza i kwitnie intensywny handel jest restauracja Ретро. Smaczne jedzenie, miła obsługa, cudzoziemcy nie wzbudzają sensacji, no i przede wszystkim mają tam porządny ekspres do kawy służący nie tylko za ozdobę.  Kilkanaście kilometrów za miastem, nad zalewem Ortotokoj skręcamy na Biszkek. Droga odtąd przeobraża się w ładną ekspresówkę, którą przez kolejne sto kilometrów podróżujemy do Tokmoku.  Walorów drogi nie wykorzystujemy choć nie tyle w obawie o spotkanie z kolejnym patrolem drogówki ale za sprawą konwoju złożonego z kilku limuzyn i autobusów wracającego do stolicy znad Issyk-kul (spotkaliśmy go wcześniej w Czołponacie). Nie spieszą się, a eskortujące radiowozy zajmują obydwa pasy uniemożliwiając wyprzedzanie VIPów. Jedziemy więc w ślimaczym tempie aż do zjazdu na drogę prowadzącą do drugiego co do ważności zabytku Kirgistanu.

Burana

DSC_9117_8_9

Turystów na miejscu wielu nie zastajemy, a większość zwiedzających okazuje się gośćmi weselnymi pary, która otoczenie Wieży Burana wybrała na plener swojej ślubnej sesji fotograficznej. Wieża to ostatni relikt miasta z IX wieku, Bałasagunu, wśród Mongołów znanego jako „piękne miasto”. Było stolicą kaganatu Karachanidów ale do dziś zachował się po nim w zasadzie tylko minaret. „Zachował się” nie jest najlepszym określeniem, bo budowla, początkowo mierząca niespełna pięćdziesiąt metrów została skrócona o połowę w czasie trzęsienia ziemi, a dzieła zniszczenia niemal dokonali Rosjanie pozyskując na początku XX wieku cegły do budowy okolicznych osad. Co ciekawe, rozbierali minaret od dołu wskutek czego przed renowacją przypominała bardziej gigantyczny wazon na wąskiej nóżce niżli wieżę ciśnień pozbawioną zbiornika, jak to się ma obecnie.

Wieża ma swoją legendę. Niestety, pozbawioną polotu  i nie wyjaśniająca ani odrobinę kim, u diabła, był Buran. Ale od początku. Czarownica ostrzegła króla, że jego nowo narodzona córka umrze przed ukończeniem osiemnastego roku życia. Król chcąc ją uchronić przed żałosnym losem zamknął córkę w komnacie na szczycie specjalnie wybudowanej wieży. Jednak przeznaczenia nie oszukał, dziewczyna w dzień osiemnastych urodzin zmarła ukąszona przez jadowitego pająka przemyconego w posiłku przyniesionego przez sługę. Czyżby nieszczęsny król nosił imię Buran? Nic z tego, burana oznacza po prostu minaret (arab. manara). Jest więc nazwa klasycznym pleonazmem.

Latrodectus_tredecimguttatus_female
Karakut

Najciekawszy z legendy jest pająk. Karakut, należący do tej samej rodziny, co powszechnie znana czarna wdowa produkuje jad wielokrotnie od niej silniejszy i szybciej działający. Ukąszenie bywa śmiertelne nie tylko dla ludzi ale nawet większych zwierząt, krów, koni czy wielbłądów.

20248246_10203538377578008_344021914571589477_o

Burana odrobinę rozczarowuje. Gdyby widoczność była lepsza, to wieża na tle gór robiłaby większe wrażenie, a tak to nic szczególnego. Oprócz samej wieży i niezbyt ładnego parku jest jeszcze ekspozycja w małym budynku, gdzie można zobaczyć choćby zabytki nestoriańskie oraz lapidarium z kilkunastoma, może kilkudziesięcioma kamieniami pokrytymi petroglifami oraz bałbałami. Za to okolica obfituje w – a jakże – przyrodnicze, a dokładnie botaniczne atrakcje. Ogromne, jak się zdawało pokrzywiska, które z bliska okazały się plantacjami konopi indyjskich.

Biszkek

Druga stolica odwiedzona tego dnia, tym razem współczesna to Biszkek, miejsce dużo przyjemniejsze niż wynikało to z relacji, w których porównywany bywa do Podgoricy. Tylko stolica Czarnogóry miałaby być w stanie konkurować z kirgiską o miano najwstrętniejszej stolicy świata, gdzie niczym w Kutnie trzeba się liczyć z pęknięciem oczu. Mamy zupełnie inne odczucia. Widzieliśmy wiele bardziej odrażających miast chociaż nie były to stolice. Wśród stołecznych Podgorica istotnie jest bezkonkurencyjna i w żadnym wypadku Biszkek nie zasługuje na bycie z nią porównywanym. Co innego Andora (miasto). Cóż z tego, że jest od Podgoricy dziesięciokrotnie mniejsza? Biszkek jest o tyleż większy. Bliżej mu pod względem charakteru do Ałmat, które przecież aż tak miażdżących recenzji nie zbierają.

DSC_9186_7_8

Nie spędziliśmy w mieście wiele czasu. Ot, objazd samochodem i dwa spacery po okolicy hostelu i śródmieściu. Oczywiście, trudno stolicę Kirgizji polecać jako cel podróży ale na miejsce przesiadki i krótkiej przerwy w czasie wędrowania nadaje się wyśmienicie.

W Biszkeku można zobaczyć stojący jeszcze pomnik Lenina. Stoi, i to nie byle gdzie, bo w samym centrum, na skwerze ulokowanym pomiędzy parkami Dębowym i noszącym imię sowieckiego generała – Panfiłowa, na tyłach Państwowego Muzeum Historycznego, a przed siedzibą krajowego rządu. Od frontu muzeum, przy głównej ulicy miasta, Alei Czujskiej ustawiono pomnik Manasa. Po drugiej stronie placu jest urząd miasta, a obok budynek parlamentu. Manas jest bohaterem narodowego eposu, Kirgizi twierdzą, że najdłuższego utworu epickiego na świecie, co nie jest do końca prawdą. Mniejsza o treść, tak wyglądają pierwsze wersy:

Э… э… э…й, байыркынын жомогу,
Баштаса келер оролу.
Эзелкинин жомогу,
Эстесе келер орогу.

Owszem, jest ich pół miliona jednak są na tyle krótkie, że obszerniejszymi tekstami pozostają indyjska Mahabharata z dwustoma tysiącami wierszy i tybetańsko-mongolska Epopeja o Królu Gesarze.  Znajomość eposu albo sama świadomość jego istnienia była ponoć dla władz sowieckich wystarczająca do nadawania narodowości. W skrócie, kto kojarzył tekst pozostawał Kirgizem, reszta stawała się Kazachami. Według ponoć popularnego kazachskiego poglądu ta odrębność narodowa, to właśnie sowiecki wymysł, a Kirgizowie są tylko wiernymi mu góralami odszczepieńcami. I tu dochodzi do głosu paradoks, a nawet kilka, bo wcześniej wszystkich określano Kirgizami, a potem to właśnie żyjący na nizinnym stepie Kazachowie sprawniej porzucali tradycyjny, koczowniczy tryb życia.

Miasto objechaliśmy na próżno poszukując naszego hostelu. Zwiedziliśmy jego spory kawałek ostatecznie dowiadując się, że za pierwszym razem trafiliśmy w dobre miejsce, a SouthSide nie posiada szyldu. Byłby to jego jedyny minus, gdyby nie konieczność ściągania butów przed wejściem ale mimo to był to jeden z naszych dwóch najlepszych w ciągu dwutygodniowej włóczęgi po Kirgistanie i Kazachstanie. Bardzo miłe miejsce, przestronne pokoje, sporo wspólnej przestrzeni z tarasem, salonem z aneksem kuchennym oraz ogrodem, w którym można naprawdę wygodnie odpocząć. W dodatku, co może być  istotne dla niemówiących po rosyjsku, preferowany jest tu angielski, a o takie miejsca w czasie naszej podróży nie było łatwo. Beth jest przy tym bardzo kontaktowa, pomocna i całkowicie bezproblemowa.

W przypadku kulinariów w końcu opiliśmy się kwasem pomimo, że takiego ulubionego, prosto z beczkowozu nie znaleźliśmy. Sporym rozczarowaniem kulinarnym stała się za to szawarma. Pod nazwą kebab najczęściej oferowane były żeberka baranie z rusztu. Na szaurmę część ekipy polowała już od pierwszego kontaktu z baraniną przyrządzaną tu nadzwyczajnie. Niestety, w większości miejsc nawet tam, gdzie danie obecne było w menu usłyszeliśmy, że нету. W końcu, siódmego dnia podróży znaleźliśmy budę z fast-foodami. Porcja była słuszna, całość zawinięta we wspaniały lawasz ale zawartość stanowiło ociekające tłuszczem niesmaczne mięso oraz takie same frytki, a wszystko utopione w podłym keczupie. Atrakcyjna była jedynie cena, za dużą porcję, wielkości rosłego męskiego ramienia żądano równowartości sześciu złotych.

W SouthSide przyszedł czas na pożegnanie się z Patriotem. Było to najsmutniejsze wydarzenie w trakcie wyjazdu.Wszystko przebiegło bez żadnych problemów, bez  utyskiwań na piasek pod dywanikami lub brudne opony, pomiarów zawartości baku z dokładnością do mililitrów, mikroskopowych badań powłok lakierniczych, ani innych zagrań mających na celu uzyskanie jakiekolwiek potrąceń depozytu czy dopłat. Nic z tych rzeczy, było sprawnie, miło i przyjemnie. Jeśli się jeszcze kiedyś wybierzemy w te okolice, to z pewnością skorzystamy z usług Beth i Ryana.

Czałdowar i Ługowaja

Czas wracać do Kazachstanu. Do granicznego Czałdowaru dotarliśmy bez przeszkód i ze sporym zapasem czasu. Jedynym zmartwieniem było, co też zrobić z jego nadmiarem, bo wyglądało na to, że wyruszyliśmy zbyt wcześnie. Granicę mieliśmy przekroczyć wedle zapewnień osób zorientowanych w ciągu kwadransa.  Dochodziła szesnasta, a nasz pociąg do Turkiestanu odjeżdżał dopiero o 21:10. Trzeba było jeszcze dotrzeć na stację kolejową w oddalonej o 65 km Ługowaji ale nie spodziewaliśmy się żadnych problemów w tym względzie. Przejście graniczne świeciło pustkami, bez minuty oczekiwania przeszliśmy kontrolę kirgiską i ruszyliśmy do kazachskiej. W budynku po drugiej stronie zastaliśmy kilkanaście osób zbitych w chaotyczną grupę i czynne trzy z czterech okienek kontroli paszportowej. Nie przeczuwając niczego złego wypełniliśmy bez pośpiechu karteczki migracyjne i spróbowaliśmy wykoncypować, gdzie kończy się kolejka, kto w niej czeka i jakie panują tu zasady? I jak na złość w tym momencie się zaczęło. Co? Pojęcia nie mamy. Na przejściu zapanował popłoch, atak paniki i czyste szaleństwo. Z kilkunastu osób w mgnieniu oka zrobiło się kilkadziesiąt, a każdy pchał się w inną stronę, jedni podróżni wieszali się na drugich, drudzy poszukiwali bagażu, a jeszcze inni znajomych i członków rodzin, zaczęły się nawoływania, pomstowania i złorzeczenia na pograniczników. O dziwo, adresaci urągań niczym klienci budki z piwem wdali się w zwyczajną pyskówkę z oczekującymi w – z braku bardziej odpowiedniego słowa – kolejce kobiecinami. Oczywiście, na ten czas przerywając pracę. I tak wymienialiby się uwagami o swojej nieprzydatności, lenistwie i głupocie po dziś dzień gdyby jedna z kobiet nie przekroczyła bariery smaku i nie zaczęła wygrażać napisaniem listu do samego Nazarbajewa. Najwyraźniej argument ten pełni w Kazachstanie rolę analogiczną do internetowego reductio ad Hitlerum, gdyż usłyszawszy to dotknięty do żywego funkcjonariusz bez słowa zatrzasnął dotąd szeroko otwarte drzwi do swojego stanowiska i ryzykując uduszeniem w nieklimatyzowanym i nagrzanym zapewne do 50 stopni pomieszczeniu rozpoczął coś na kształt strajku włoskiego. Nasi współtowarzysze niedoli zareagowali na taki rozwój sytuacji wręcz odwrotnie, panujący przed okienkami chaos potęgując poza granice wszelkiego wyobrażenia i otwierając nieznane dotąd ludzkości kręgi piekielne. Kojarzycie dantejskie sceny z dworców kolejowych w szczycie powrotów z ferii lub wakacji? Sceny walki o możliwość wejścia do pociągu, wskakiwanie przez okna wprost do przedziałów? Jeśli dodacie do tego kadry z mrówkami szturmującymi granicę polsko-ukraińską na przykład w Medyce, to będziecie mieli mniej więcej obraz tego, co zdołało zrobić może siedemdziesiąt, może trochę więcej osób na przejściu granicznym, na którym bez przerwy czynne były trzy okienka kontroli paszportowej. Na jedno przypadało dwadzieścia, może trzydzieści osób chcących przekroczyć granicę. Znaleźliśmy się mniej więcej w środku stawki, a oczekiwaliśmy na przejście ponad dwie godziny! Tym samym problem nudy został rozwiązany zanim zaistniał, a do Ługowaji dotarliśmy około 19:00. W ten sam sposób, co do granicy, taksówką. Za 170 kilometrową trasę zapłaciliśmy około 25 zł na osobę.

321FB240-E651-D06B-FBA8-B69BE80A3F34
„Ofiary duru, Ługowaja, Kazachstan”, 1942
Feliks Kay-Krzewinski, 1900-1981

Dlaczego akurat Ługowaja, skoro o wiele bliżej jest do stacji w Szu albo Otarze? Przecież można też do Turkiestanu pojechać bezpośrednim pociągiem z Biszkeku? Dlatego, że stacja była w 1942 roku miejscem formowania 10. Dywizji Piechoty i tuż przy niej znajduje się polski cmentarz wojenny, który postanowiliśmy korzystając z okazji odwiedzić. Nic nie zapowiadało żadnych kłopotów z realizacją planu, cmentarz jest zaznaczony nawet w mapach Google’a. Na miejscu znaleźliśmy bez problemu po jednej stronie torów mizar i  zarośnięte trzcinami wzgórek stanowiący cmentarz prawosławny po drugiej. Polskiego ani śladu. Czas ucieka, do odjazdu zostały nam niespełna dwie godziny,  wokół płaski jak stół step, pusty i szeroki, a krzyża i pomnika, które jeśli wierzyć zdjęciom widzianym w sieci powinny nad stepem górować ani śladu. Jakieś dwieście metrów od nas był dom, przed którym kręciły się jakieś postacie.
– Jaki cmentarz? Polski? No pewnie, że wiemy. Właśnie stamtąd przyszliście.

Poszukiwany cmentarz jest jedynie wydzieloną kwaterą na cmentarzu prawosławnym. Owszem, odchwaszczoną, ogrodzoną i zadbaną ale ze wszystkich stron otoczoną przynajmniej dwumetrowymi trzcinami więc kompletnie z zewnątrz niewidoczną i stąd nasze problemy z jego odnalezieniem.

Wróciliśmy na stację, ospałą i aż za spokojną, będącym zupełnym zaprzeczeniem granicy z Kirgistanem. Odebraliśmy bagaże z przechowalni i staliśmy się atrakcją dla znudzonych acz przemiłych kasjerek, z których szczególnie jedna dwoiła się i troiła by umilić nam oczekiwanie na opóźniony, jak się okazało, pociąg.

DSC_9260

Ostatnie chwile na dworcu spędziliśmy na poszukiwaniach czegoś do spałaszowania. Zadowoliliśmy się chińskimi zupkami przygotowanymi dzięki darmowemu na kazachskich dworcach wrzątkowi, a wygłodzonego psiaka dogorywającego pod pomnikiem Turara Ryskułowa napoiliśmy mineralką i nakarmiliśmy puszką wołowiny. Rewolucjonista Ryskułow, zanim dosięgła go kula wystrzelona przez enkawudzistę w czasie Wiekiego Terroru, był m.in. przewodniczącym Nadzwyczajnej Centralnej Komisji do Walki z Głodem Turkiestańskiej Autonomicznej SFR.

DSC_9268

Reklamy

Jeden komentarz Dodaj własny

  1. Dałeś radę tamtejszej najbardziej skorumpowanej formacji ! Brawo Ty! :-)!

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s