Oko w oko z Sauronem

dnia

Podróż pociągiem nie dostarczyła emocji. Z pewnością dlatego, że zdecydowaliśmy się na kupe (czteroosobowy przedział) zamiast osławionej płackarty. Wahaliśmy się, bo Stanisław i Kajetan jeszcze nie mieli przyjemności podróżowania w bezprzedziałowym wagonie sypialnym ale wygrało nasze wygodnictwo. Cena była bez znaczenia, bo różnica wynosiła zaledwie dziesięć złotych. Tempo kolei kazachskich jest zaprawdę szaleńcze. Pięćset kilometrów w dziesięć godzin z dziesięcioma minutami. Za to połączenie wypada naprawdę wygodnie, wyjazd po zmierzchu, przyjazd o siódmej rano. Zdecydowanie, na takich dystansach można podróż koleją polecić, zwłaszcza osobom nastawionym budżetowo, bo w cenie przejazdu zawiera się nocleg. I herbata, podawana w szklankach umieszczonych w tak bogato zdobionych koszyczkach, że mogą kojarzyć się wyłącznie z Rosją. Jest nawet system rozrywki rodem z samolotów, a raczej szpitali. W każdym przedziale zainstalowano telewizor, a filmy zamawia się w automacie zlokalizowanym na końcu wagonu, przy palarni. Niestety, prysznica brak.

Turkiestan

Miasto to kojarzyć nam się będzie ze skwarem, żarem i spiekotą. Kilka chwil na peronie starczyło byśmy się poczuli jakby wrzuceni do pieca martenowskiego więc ochoczo porzuciliśmy bagaże w przechowalni bagażu i ruszyliśmy na zwiad. W Turkiestanie mieniącym się najważniejszym centrum pielgrzymkowym kraju i szczycącym się zabytkami niemającymi sobie równych w całym Kazachstanie nie spodziewaliśmy się problemów ani z noclegiem ani zaopatrzeniowych. Po dotarciu w pobliże zabytków i Parku Centralnego zapaliło się ostrzegawczo żółte światełko. Są hotele, widać zabytki ale większość sklepów i wszelkie miejsca, w których można by usiąść i znaleźć pożywienie stoją zamknięte na cztery spusty. Postanowiliśmy zapewnić sobie metę i  tym samym zagospodarować czas potrzebny na otwarcie barów i restauracji. Propozycja noclegu pod namiotem została przez ekipę stanowczo odrzucona. Pełnia minęła, a niebo było czyste jak dusza noworodka ale nie zamierzałem o tym dyskutować, tym bardziej, że nie miałem pojęcia czego tak naprawdę spodziewać się w miejscu upatrzonym na ewentualny biwak. Sprawdzenie tego oznaczałoby sto kilometrów dodatkowej jazdy więc stanęło na hotelu mającym sprawiać dobre wrażenie. Podjazd, wielkie foyer z ogromnym kryształowym żyrandolem, skórzanymi kanapami i fotelami, olejne obrazy i czerwone dywany nie mogły być obliczone na nic innego. Nic z tego, już na pierwszy rzut oka widać, że najlepsze czasy ten przybytek ma dawno za sobą, może nawet nigdy ich nie doświadczył, a ospała obsługa tylko utwierdza w tym przekonaniu. O dziwo w hotelu jest – według ziewającej przeciągle recepcjonistki ze śpiochami w oczach – tylko jeden, ostatni wolny pokój. Oczywiście apartament w standardzie lux. Podejrzewamy szwindel i próbę naciągnięcia ale upał zniechęca do wybrzydzania i targów. Tym bardziej, że wchodząc nie trzeba ściągać butów. Z czasem okaże się, że okoliczne hotele faktycznie nie narzekają na problemy z obłożeniem, a cena nie odbiega od tej podawanej w przewodniku wydanym przed kilku laty. Apartament, o którym mowa posiada dwa przestronne pokoje, dwie łazienki i niezbędną tego dnia klimatyzację i lodówkę za mniej niż czterdzieści złotych na osobę. Bierzemy.

Złapaliśmy oddech, ustalamy zgrubny plan dnia i ruszamy na poszukiwania śniadania, bo w hotelu obserwując spowolnienie procesów życiowych u pracowników nawet nie zamierzamy z podobnymi fanaberiami wyjeżdżać. Nadal wszystko wkoło jest zamknięte.  Łapiemy taksówkę bez oznaczeń i po ustaleniu ceny za kurs każemy się wieść w pobliże bazaru przy dworcu autobusowym, gdzie widzieliśmy sporo bud z żarciem. Samsy i kubek ajranu nam wystarczą. Kierowca upiera się, że dziś poniedziałek więc bazar jest nieczynny i nie ma po co tam jechać. Głodny Polak ma nastrój nieprzysiadywalny i ostatnie, na co ma chęć, to tłumaczenie obcemu facetowi dokąd i po co chce jechać. Z trudem powstrzymuję się więc przed warknięciem czegoś w stylu „zawieź nas pan po prostu tam, gdzie chcemy i zostaw w świętym spokoju” albo poderżnięciem złotówie gardła i zamiast tego grzecznie wyjaśniam skąd jesteśmy, po co przyjechaliśmy, dlaczego chcemy jechać na bazar widziany z okna marszrutki oraz, że wcale nie chodzi o zakupy, a już na pewno nie transakcję, której przedmiotem miałby stać się wielbłąd lub stado rączych koni pod wierzch. Kierowca decyduje, że znajdzie nam odpowiednie miejsce.
– O-ho! Będzie dym – pomyślałem, a po odwiedzeniu kilku zamkniętych lokali nabrałem na ten temat pewności. W końcu, po objechaniu śródmieścia zatrzymujemy się przed restauracją oddaloną o pięć minut marszu od naszego hotelu…
– Kuchnia uzbecka może być – raczej stwierdza niż pyta.
– To ile za kurs?
– Tak, jak się umówiliśmy, a to mój numer. Zadzwonicie, żeby mi podziękować. Gdybyście chcieli jechać gdzieś jeszcze, to też możecie dzwonić. Jeżdżę do północy – dodaje, a ja oniemiałem i  rezonu starczyło mi ledwie na grzeczne pożegnanie się. Jeszcze jedno zdanie, a niechybnie dygnąłbym niczym podlotek.

DSC_9372

Wystrój Samarkandy może się nie podobać. Swojsko-cepeliowy z podwieszonymi pod sufitem klatkami z żywymi hałasującymi ptakami nie każdemu przypadnie do gustu. Za to karmią znakomicie. Tair deklarował, że dają tu najlepszy płow w mieście. Z koniną, może jak na płow niezły ale to tylko płow. Za to langman, miks herbat czarnej z zieloną z dodatkiem konfitury z cytrynowych skórek i gwóźdź programu: zimna przystawka z oberżyny podbijają nasze podniebienia. To najlepsza kuchnia spośród tych odwiedzonych w ciągu dwóch tygodni w obu krajach, Kirgizji i Kazachstanie. Polecamy!

Młodziutkie dziewczęta pełniąc obowiązki kelnerek uwijają się jak – nomem omen – w ukropie. Tym bardziej dziwi bura, którą dostają po pojawieniu się w lokalu właścicielki. Młoda kobieta o słowiańskiej urodzie wygląda bardziej na Rosjankę niż Kazaszkę czy Uzbeczkę ale co my tam wiemy? Może to kwestia pofarbowanych na blond włosów? Nieważne, sądząc po intonacji nie zostawia na dziewczynach suchej nitki, a te zwiększają obroty przynajmniej dwukrotnie. Klasyczne zarządzanie terrorem. Jest przy tym co robić, bo lokal jest pełen gości. W nadziei, że choć na chwilę obłaskawi to jędzowatą szefową podczas regulowania rachunku rozpływamy się z Agnieszką nad smakiem serwowanych potraw ale przede wszystkim nad jakością obsługi. Może dziewczęta będą miały przyjemniejszy dzień? Rachunek zaskakuje, sprawdzamy po dwakroć, jest na nim wszystko, co w cztery osoby zamówiliśmy, a opiewa na zdecydowanie mniej niż dziesięć złotych na osobę. Około siedmiu jeśli miałbym być ścisły. Nadziwić się nie możemy i postanawiamy, że na pewno tu wrócimy.

Czas na zwiedzanie. Nareszcie jakieś zabytki! Do mauzoleum mamy bliziutko, ot, na drugą stronę ulicy, na szagę przez Centralny Plac i już jesteśmy na miejscu.  Kluczowe jest tu na drugą stronę. Ale nie dlatego, że przejście przez jezdnię stanowi wyzwanie. Wręcz przeciwnie i to właśnie jest największą niespodzianką. Co prawda Kazachstan nie jest Gruzją, a o różnicach można rozprawiać godzinami jednak nas najbardziej uderzają te w ruchu drogowym. Bo w Kazachstanie jeździ się spokojnie, nikt nie odstawia na szosie cudów, a większość kierowców jeździ z przepisową prędkością. Może to kwestia podłej benzyny, może 86-oktanowe paliwo nie służy zachodnim silnikom? Bo na pewno nie podła kondycja aut, wszak Gruzinom ona nie przeszkadza i wraki z lat ’90 pędzą po kaukaskich serpentynach niczym fotony w Wielkim Zderzaczu Hadronów. W Azji Środkowej jest zdecydowanie spokojniej ale pieszy – jak to na Wschodzie – na drodze pozostaje intruzem i powinien się mieć na baczności. Ale nie na przejściu przed hotelem Turkistan, nie na ulicy Kożanowa w Turkiestanie. Tego samego Kożanowa, który uczestniczył w zdławieniu antybolszewickiego powstania w Kronsztadzie, powstania marynarzy, o których jeszcze niewiele wcześniej mawiało się, że są dumą i chwałą rosyjskiej rewolucji. Rosyjscy czerwonoarmiejcy na potęgę przyłączali się do buntowników, ściągnięto więc do walki z nimi między innymi Kirgizów, którzy nie podzielali zachwytów nad mitem Kronsztadu i rozstrzeliwali uczestników trzeciej rewolucji jak należy, bez skrupułów. Kirgizów, czyli – wtedy jeszcze również –  Kazachów. Może dlatego właśnie ma tu towarzysz Iwan ciągle swoją ulicę? Ale do rzeczy, w tym miejscu, niczym w dekadenckim Amsterdamie wystarczy zbliżyć się na metr czy półtora do krawężnika, człowiek nie zdąży nawet się rozejrzeć, by sprawdzić, czy coś nie nadjeżdża, a wszystkie rozklekotane, pamiętające гласность Łady i Niwy pospołu z lśniącymi Lexusami RX karnie zatrzymają się w rządku. Kompletny absurd. Się przyzwyczaisz i paręset metrów dalej, na Alejach Tauke-chana zostanie z ciebie mokry placek na asfalcie.

Po otrząśnięciu się z szoku wywołanego niecodziennym doświadczeniem na pasach docieramy do perły Kazachstanu. Mauzoleum Chodży Ahmada Jasawiego z XIV wieku. Mistrz, poeta i mistyk-myśliciel, z czasem obwołany świętym stworzył w XII wieku pierwsze w Azji Środkowej centrum nauki sufickiej. Podziwiamy piękną turkusową kopułę, największą w tej części świata, mozaiki oraz alabastrowy mukarnas przypominający sklepienie jaskini z mnóstwem stalaktytów i… I to już wszystko, koniec. No, dobrze, w okolicy jest jeszcze kilka zabytków, m.in. podziemny meczet ale niespieszne zwiedzanie nie zajmuje więcej niż godzinę.

[Group 38]-DSC_9309_DSC_9314-6 images

Zaglądamy jeszcze do ponoć wartego odwiedzin Centrum Historyczno-kulturalno-etnograficznego Największą jego zaletą jest klimatyzacja. Można tu obejrzeć wnętrze i wyposażenie bogatej jurty, jakże innej od tego, z czym mieliśmy do czynienia w czasie naszego wędrowania i przede wszystkim ekspozycję na ostatnim, najwyższym piętrze. No, zgadnijcie komu poświęconą? Oczywiście, że prezydentowi.

DSC_9315

Znający kazachski mogą się zachwycić głębią zawartą w cytatach, reszcie pozostaje podziwianie zdjęć Nazarbajewa w towarzystwie Merkel, Obamy czy Putina, a co najbardziej porażające, makiety Asany w wersji mini, w którą Turkiestan ma się najwyraźniej przeobrazić. Nie wiadomo tylko, czy wszechobecne piramidy mają za zadanie wzmocnić czy zaćmić tysiącletnią moc płynącą z tego miejsca?

Po ogarnięciu plecaków i odetchnięciu w zaciszu hotelowego pokoju dzwonimy  do Taira.
– Zawieziesz nas do Sauranu? Przyjedź po nas, proszę, do hotelu Turkiestan o 18:00.
O uzgodnionej porze wsiadamy do odrobinę zdezelowanego forda.
– Skąd wiecie o tych ruinach?

Do Turkiestanu przywiodły nas nie tylko entuzjastyczne opisy zabytków ale równiez polskie ślady. Tym razem dużo starsze niż na stacji Ługowaja i bardziej autentyczne niż w Przewalsku. Podobne do tych, które zostawił  Michał Boym, polski zakonnik, naukowiec i odkrywca i które zaprowadziły nas na Koniec Świata, do 天涯海角.  Tym razem chodzi o Benedykta Polaka. Jest chyba jeszcze mniej znany od lwowianina, a przecież to pierwszy polski podróżnik. Jeśli Boym był jednym z prekursorów sinologii, to Benedykta z pewnością można nazwać również pierwszym orientalistą. Franciszkanin na dekadę przed przyjściem na świat Marco „opowiedz nam więcej kłamstw” Polo uczestniczył w pierwszej europejskiej ekspedycji w głąb Azji. Jej celem nie był Turkiestan jednak podróżując z poselstwem od papieża Innocentego IV do Batu-chana pokonał kazachskie dziś połacie Wielkiego Stepu i we wspomnieniach pisał o miastach stojących nad brzegami Syr-darii. Jednym z nich z pewnością był Ortar. Niegdyś słynne miasto na Jedwabnym Szlaku położone jest 60 km od Turkiestanu ale jeśli wierzyć przewodnikom:

„dziś to tylko duże, piaszczyste wzgórze”.

Prócz Ortaru mógł mieć na myśli rozwijający się w tym samym czasie Sauran. Zachęceni opisem mówiącym, że to

„najlepiej zachowane oraz najbardziej nastrojowe i romantyczne spośród wielu zrujnowanych miast na Jedwabnym Szlaku w dolinie Syr-darii”, a „mury obronne z reliktami bastionów i bram, które przetrwały pomimo najazdów oraz działania żywiołów z bliska wyglądają jak wyjęte z Władcy Pierścieni”

postanowiliśmy zamiast Ortaru odwiedzić Sauran właśnie.

Droga, którą przyjeżdżamy jest całkiem parszywa. Podróżując Patriotem nie trzeba by redukować do trójki ale poniemieckie nisko zawieszone auto ledwo się prześlizguje. Wszytko po to, by na sto metrów przed bramą wyjechać na lśniący nowością asfalt, który mógłby zachwycić niejednego rolkarza. Nasz kierowca robi przy tym minę jakby był tu po raz pierwszy.

Cóż, obszar zaznaczony przez mury jest naprawdę spory ale to w zasadzie wszystko, co można o ruinach Sauranu powiedzieć. Wewnątrz murów można obejrzeć dwie odkrywki fundamentów. Jedna to z pewnością łaźnie, a druga? Nie wiemy.

Być może, kiedy wykopaliska się zakończą, odkryte, zabezpieczone, a może nawet częściowo odrestaurowane znaleziska zostaną wyeksponowane Sauran zyska na atrakcyjności i zdobędzie popularność? Lokalizację ma doskonałą, czterdzieści kilka kilometrów od Turkiestanu, przy autostradzie łączącej go z pobliską Kyzyłkordą, a nawet odległymi Aralskiem i Aktobe na zachodzie oraz Szymkentem, Taszkientem, Biszkekiem  i Ałmatami na wschodzie. Niech no tylko pogłoska jakoby imię Saurona, pomniejszego z Ainurów, zapożyczone zostało właśnie od tego miejsca. Przy okazji, Ainur, tureckie słowo oznaczające „blask księżyca” jest popularnym kazaskim imieniem, co można sprawdzić w wyszukiwaniu grafiki, ma to być także nazwa własna jednego z tutejszych klanów.

Tuż obok ustawiono pomnik widoczny z murów. Tair proponuje spacer i sprawdzenie co to takiego. Przystaje po kilkudziesięciu krokach, gdy widać półksiężyc zamontowany na jego szczycie i decyduje, że trzeba zawracać. Twierdzi, że to pomnik świętego. Dziwimy się, bo pielgrzymki do grobów jego pobratymcy przecież urządzają, a on pomnika odwiedzić nie chce. A może to nasza, kafirów, obecność?

Im bliżej miasta, tym okolica staje się bardziej zielona. Jedziemy wśród pól porośniętych czymś, co z okien auta rozpędzonego na autostradzie do stu parędziesięciu kilometrów na godzinę wygląda jak mikre krzewy świętojanek.
– Хлопок – wyjaśnia nasz kierowca i przewodnik w jednym.
Czyli to prawda, a nie bujda rodem z Radia Erywań. Faktycznie, na stepie wyglądającym niczym pustynia uprawia się bawełnę. Pola najlepiej prezentują się w połowie września, tuż przed żniwami, gdy krzewy są pokryte jakby śniegiem. Jak zapewnia Tair, zbiory są przyzwoite, około dwóch ton z hektara, podczas gdy w oddalonej o około trzysta kilometrów Kotlinie Fergańskiej zbira się o pół tony więcej, średnia światowa to ok. trzech ton. O Aralskim nie wspominamy. Jazda w pojedynkę tą autostradą, przy znikomym ruchu, po pustym stepie i pod prażącym słońcem musi być przerażająco nudna. To może i dobrze, że została wyposażona w urozmaicenia w postaci wyznaczonych nawrotek, skrzyżowań z polnymi drogami czy zebry dla pieszych. Gruzińskie stada pasących się krów tu zastępują wielbłądy. Z naszych obserwacji wynika, że gatunek ten jest wybitnie  związany z tym właśnie siedliskiem.

– Wieź do Samarkandy.
Decyduje inaczej i trafiamy do restauracji Karawanseraj, też uzbeckiej. Lokal znamy z podróży na dworzec i z powrotem. Mnogość uzbeckich lokali nie dziwi, niemal połowa z mieszkańców miasta jest Uzbekami właśnie. Jak choćby Tair.  Jak bardzo zlaicyzowany to kraj, przekonujemy się widząc, jak wiele kobiet przychodzi tu bez towarzystwa mężczyzn, by zwyczajnie wychylić kilka pokali piwa. Nie ma też problemu z tym żeby zaczepić i zamienić kilka słów z obcym mężczyzną wyglądającym na obcokrajowca. Normalnie? Najzupełniej.

A co z Samarkandą? Wróciliśmy tam na jeszcze jedno śniadanie. Było równie smacznie i jeszcze milej. Zgodnie uznaliśmy lokal za najlepszy z odwiedzonych wcale nie ze względu na szereg przyznanych nam podczas rozliczania drugiej wizyty upustów. Jednym z gratisów była herbata podana w pochodzącym – jak chciała właścicielka – z osiemnastego stulecia opalanym węglem drzewnym samowarze.

Wieczorny spacer wzdłuż głównej arterii miasta dowodzi, że jest Turkiestan pełny ludzi, mieszkańców ale i przyjezdnych, czego przed zapadnięciem zmroku nie sposób było zauważyć. Nawet nasz hotel ożył i wibruje teraz dźwiękami. Przyjezdni to raczej nie turyści i jako tacy stanowimy wyjątek wśród pielgrzymów oraz gości weselnych bawiących się na licznych przyjęciach. Czy szampańsko nie dane nam było sprawdzić ale na pewno licznie. Możliwe, że przynajmniej część z nich łączy jedno zajęcie z drugim, bowiem wizyta w Turkiestanie jest niezwykle praktyczna. Udział w dwóch pielgrzymkach do grobowca równoważy bowiem hadżdż.

Szymkent

Podróż do Szymkentu była miła i komfortowa, bo zabraliśmy się klimatyzowanym vanem z wielce kontaktowym kierowcą. Koniecznie chciał spróbować polskiego papierosa i za nic nie chciał przyjąć do wiadomości, że ich nie mamy. To niepowodzenie nie osłabiło jednak jego życzliwości przejawiającej się częstowaniem co kilkanaście kilometrów wyciąganymi z przeróżnych schowków i zakamarków kulek domowego kurtu. O kurcie chyba jeszcze nie wspominałem, to środkowoazjatycki przysmak, suszony kumys przypominający stary dojrzewający ser z wyraźnie kwaśnym posmakiem. Nawet to smaczne i jest dostępne wszędzie, od przydrożnych straganów po supermarkety, gdzie sprzedawany jest także konfekcjonowany jak cukierki.

kurt

Ma kurt nawet wersję dziecięcą pofarbowaną w tęczowe kolory. Myliłby się, kto podejrzewałby, że wydaniu dla milusińskich jest słodki, bo smakuje identycznie jak dorosły. Wielkość serowych kulek też jest przeróżna, od przypominających kurze jaja czy morele po amunicję do ASG. Kazachowie i Kirgizi uważają go za swoje narodowe dziedzictwo jednak znany jest od Mongolii po Lewant pod różnymi nazwami, z których większość pochodzi od słowa oznaczającego suchy. Oczywiście, również Ormianie chętnie się podpisują pod wynalezieniem smakołyku nazywanego przez nich chortanem (dosłownie suchym ajranem), bowiem nie od dziś wiadomo, że Ormianie wynaleźli niemal wszystko. Od wina przez buty po aparat do obrazowania metodą rezonansu magnetycznego. Jak pisałem, tym razem wyrób był domowy, a więc pozbawiony opakowania i podawany w sposób szczególny. Otóż nasz kierowca sięgał ręką w kierunku konkretnego pasażera obracając jedną kulkę między palcem serdecznym, a kciukiem zupełnie jakby chciał pożądany kształt dopiero uformować z czegoś, co właśnie skądś wydobył. Choćby z nosa.

Jeśli Biszkek miło zaskoczył, to Szymkent rozczarował. Nie pod względem mieszkaniowym, bo hostel trafił nam się świetny, chociaż pierwsze wrażenie w momencie, gdy zorientowaliśmy się, że to rosyjski przybytek ulokowany na kazachskiej ziemi z niemieckim personelem było… No, któż by się na takie zestawienie nie wzdrygnął?

Naturalnie, wiedzieliśmy, że trzecie pod względem wielkości miasto Kazachstanu jest zupełnie pozbawione atrakcji w postaci zabytków jednak opowieści o tym, jakie jest zadbane i przytulne oraz jakże inny posiada charakter od reszty kraju, zupełnie (środkowo)azjatycki, zdecydowały o tym, że wybraliśmy go na ostatni, wypoczynkowo-relaksacyjny etap naszej podróży. No cóż, egzotyki nie oświadczyliśmy żadnej. Szymkent niczym się nie różni od Ałmat czy Biszkeku. To takie same miasto jak tamte, bardzo podobne do najzupełniej europejskich miast i miasteczek Rosji czy Ukrainy, a już najbardziej krymskich.

Jest jednak południe Kazachstanu pod względem językowym odrobinę różne od pozostałych odwiedzonych przez nas regionów. Młodsi, również pracownicy restauracji i sklepów słabiej znają rosyjski, który dla wielu osób w innych regionach, nie tylko dla tych o rosyjskich rysach wydawał się językiem traktowanym jako ojczysty. Wielokrotnie, głównie w Turkiestanie doświadczyliśmy sytuacji, kiedy kelner czy ekspedient komunikował nam sumę tylko po kazachsku, a na dźwięk сколько zapisywał ją na kartce lub wystukiwał na kalkulatorze. Niemniej, tak jest w Turkiestanie, a żeby żyć, mieszkać, a nawet prowadzić biznes w Szymkencie znać kazachskiego nie trzeba. Co więcej, można bez jego znajomości i w zasadzie odmawiając jego uczenia się z powodzeniem uczęszczać do publicznej szkoły. Tak właśnie sprawa ma się z Natalią, właścicielką hostelu i jednym z jej nastoletnich synów. Spore emocje budzi tu zapowiedź przejścia na łacinkę. Bo nikt się nie nauczy, bo jest wiele rosyjskich słów, etc, etc. Dlaczego nikt miałby się nie nauczyć, tego nie wiadomo. Skoro system pisma zmieniano już trzykrotnie, z orchońskiego na arabski, a potem – i to pod bolszewickim panowaniem – na łaciński by w końcu wprowadzić cyrylicę, to powiedzie się i tym razem. Nie wierzę, że Kazachowie łacinki w ogóle nie znają, choć z drugiej strony takiej właśnie sytuacji doświadczyłem w tym roku na Ukrainie i to wcale nie w jakiejś zapomnianej przez ludzi i boga wsi huculskiej. Rusycyzmy można zastąpić odpowiednikami obecnymi w tureckim, co nie powinno to być trudne, skoro nawet rumuński dało się ze slawizmów oczyścić, a nawet jeśli nie, to co z tego? Uwiązane do cyrylicy nie są. A w Ałmatach widzieliśmy sporo rosyjskojęzycznych szyldów zapisanych właśnie łacinką.

DSC_9403_4_5

Wizyty w starym Szymkencie nikt szczególnie nie poleca ale opinie o niemal wiejskim charakterze dzielnicy mogą sprawić, że zapędzi się tam turysta poszukujący sielskich obrazów. Nic z tego, sielskości tam nie ma żadnej. Jest za to bieda, a wręcz ubóstwo i raczej przykre widoki.  I tu ciekawostka, a nawet dwie. Te oplecione milionem kilometrów kabli wszelkiego rodzaju i gazrurkami ulice są zawstydzająco czyste. To jedno z najbardziej zaskakujących, pozytywnie, zjawisk w Kazachstanie: brak walających się śmieci. Wracając ze starego Szymkentu natrafiamy w końcu na pocztę, gdzie okazuje się, że niemożliwością wysłanie z Kazachstanu pocztówki.  Nie tak, że w ogóle ale nie da się jej nadać normalnie, luzem – musi być zamknięta w kopercie i basta.

Sajran

Czas na największą porażkę wyjazdu. Miasteczko Sajran. Trzy tysiące lat udokumentowanej historii i o wiele więcej jej świadectw w postaci architektury niż w pobliskim Szymkencie. W dodatku pozbawione sowieckiej zabudowy. Ach, i jeszcze bazary oraz mnóstwo barów, restauracyjek i herbaciarni. Czegóż chcieć więcej? Czegokolwiek. Wysiedliśmy z marszrutki, rozejrzeliśmy się przecierając ze zdumienia oczy z trudem przełamując chęć odwrócenia się na pięcie i ruszenia z powrotem do oddalonego, na szczęście, o zaledwie kilkanaście kilometrów szymkenckiego śródmieścia. O dziwo oczy nie pękły.

DSC_9397_8_9

Postanowiliśmy dać temu miejscu szansę, w końcu dworce autobusowe w wielu miejscach nie wyglądają zbyt pięknie. Ot, poznański, ten sprzed budowy Chlebaka. Przemierzyliśmy kilkadziesiąt metrów to w jedną stronę, to w drugą, trzecią odpuszczając, bowiem ją widzieliśmy siedząc w busie. Co tu kryć, Sajran z darowanej szansy nie skorzystał.

DSC_9394_5_6

Wielce niefortunnie się złożyło, że to ostatnie odwiedzone przez nas miejsce. Jeszcze ktoś gotów wziąć paskudne wrażenia wywołane wizytą w miasteczku za podsumowanie naszego wyjazdu. Absolutnie nie, nic podobnego. Warto tylko zapamiętać, że wybierając się do kazachskich miast, miasteczek ani siół nie ma się co spodziewać zauroczeń.

Zauroczenie zostało na ostatnie chwile pobytu w Szymkencie. Poszliśmy do naszych gospodarzy z prośbą o zamówienie sprawdzonego taksówkarza, ponieważ do Astany wyruszaliśmy o pogańskiej porze, o 4:30. Dochodziła 22:00 ale jak można było odmówić zaproszenia do stołu? I tak kolejne kilka godzin upłynęło nam na iście rodzinnych pogawędkach z parą gospodarzy, Natalią i Wołodią oraz Olgą, Rosjanką z Ałmat. Zajadaliśmy arbuzy i melony, popijaliśmy Kazachstan, a czas płynął. Na koniec okazało się, że oboje małżonków ma polskie babcie, a nam do pobudki zostały dwie godziny…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.