Widoki są darmowe

dnia

Niewiele osób otwarcie przyzna się do sympatii do niemczyzny, ale nie sposób zaprzeczyć, że ukuli niemiaszki przynajmniej kilka genialnych terminów. Jeden z nich, dawno temu adoptowany w Wielkopolsce i na Śląsku, dziś bryluje w słownikach języka polskiego. Rajzefiber jednak tej podróży nie towarzyszył. Troszkę to… szkoda, bo jej planowanie ze zmiennym natężeniem trwało od pięciu miesięcy, oczekiwanie zakończone, a tu emocje niemal żadne. Wszystko przez wylot do Chin, który przygotowań i pokonywania formalności wymagał o wiele więcej, a którego termin zbliżał się nieuchronnie. A może odprężenie wynikało z chwilowego zaspokojenia – i tu czas na kolejny, piękny termin o niemieckiej proweniencji – Wanderlust? W swojskim grajdole zamiast germanizmu o osobie cierpiącej na tę przypadłość usłyszeć można, że to ktoś, komu się drze dupa po świecie. Ale żądze chwilowo nie dokuczają. Zmierzamy bowiem na Islandię, tę wyśnioną, wymarzoną! Jest na świecie kilka miejsc, które ulokowałem sobie na liście KiedyśTamNaPewnoPojadę, a kraina ognia i lodu zajmowała na niej miejsce poczesne. I właśnie ukojona ma zostać owa Fernweh. Słowo majstersztyk, co prawda Schiller i Goethe znać go nie mogli, oznacza w opozycji do nostalgii – Heimweh – tęsknotę za krajem odległym, obczyzną. Nawet za takim miejscem, którego się jeszcze nie odwiedziło. Islandia z jej wspaniałościami wyłaniająca się hen, z Oceanu Arktycznego, gdzieś na styku Europy i Nowego Świata pasuje jako obiekt takich westchnień idealnie.

Mapa Islandii z początku XVII w, źródło: Wikipedia

Przylecieliśmy! Obyło się bez nalotu celników, których tym razem nie skusiła wizja przemycanej z Polski wódy i kiełby. A może szósty zmysł podpowiedział im, że jednego nie mamy wcale, drugiego nie więcej niż pozwalają przepisy, a ta odrobina liofilizowanego żarcia nie stanowi żadnej atrakcji? W efekcie przekraczamy granicę Lýðveldið Ísland jak każdego innego kraju członkowskiego układu z Schengen.

Przed terminalem czekał na nas Michał, pracownik wypożyczalni i zawiózł na parking, gdzie stał zamówiony wehikuł. Oględzinom i formalnościom towarzyszył krótki instruktaż na temat tego jak zaoszczędzić na paliwie, gdzie nie wjeżdżać, czego spodziewać się w interiorze, na „efkach”, jak pokonywać brody i którego unikać (bo zbyt często auta tam toną albo są porywane przez nurt) i wreszcie jak otwierać drzwi… Co, jak zapewniał, w warunkach islandzkich miewa kolosalne znaczenie, bo wiatr dmący od zadu strony potrafi je wyrwać. Wbrew nazwie wypożyczalni, ani to Jeep ani cheap (dla pariasa z pokomuszego wschodu Europy) ale jest, ma cztery koła, a każde jest napędzane. To ważne, bo można nim zjechać z asfaltu i to pomimo pękniętej szyby. Nasze  obawy miało rozwiać zapewnienie, że mandatu za takie uchybienie żaden funkcjonariusz nam nie wlepi.

Była to nasza druga najdłuższa pogawędka z islandzkim lokalsem. Polak to co prawda, ale od wielu lat mieszkający na Islandii. To nawet i lepiej, bo któż lepiej orientuje się w niuansach różniących oba kraje niż rodak mieszkający na obczyźnie? Przy okazji dowiadujemy się tego i owego o życiu na wyspie. Z opowieści wynika, że można się w tym kraju zakochać, choć jak to w miłości bywa, czasem przyjdzie przełknąć dawkę goryczy. Nie inaczej stało się w przypadku naszego rozmówcy, który przyjechał tu „na chwilę”, dorobić trochę, by potem w kraju razem z żoną żyło się łatwiej.  Chwila się przedłużała, żyło się łatwiej, nie było trzeba jak w Polsce, jeśli wierzyć piosence „żyjąc walczyć” i po jakimś czasie postanowił zostać. Ale żona kochała ciepło i słońce, a nienawidziła zimna więc życie na Północy z jej trwającą pół roku ciemną zimą było absolutnie nie do przyjęcia. Nie było wyjścia, rozwiedli się. On został na Islandii i mieszka tu już lat -naście jeśli nie -dzieścia, a i ona wyjachała z Polski, w której nic jej już nie trzymało.

– To który ze śródziemnomorskich krajów wybrała o ile została w Europie? Portugalię, Grecję, może Włochy?
– Tak, w Europie. Szwecję.

Razem z „Kubą”, bo taką ksywą na powitanie ochrzciliśmy pożyczone Suzuki Jimny, otrzymaliśmy bonus w postaci kilku kartridżów do przywiezionego palnika.  Tym samym wizyta na rejkiawickim kempingu straciła sens ale nie nocne zwiedzanie miasta. Wszak później nie będziemy mieli po temu okazji. Na kempingu można się zaopatrzyć w wiele przydatnych podczas przemierzania kraju produktów. Turyści zostawiają tu niewykorzystane artykuły spożywcze ale również odzież czy sprzęt biwakowy. Nam zależało jedynie na gazie, którego oczywiście nie można przewieźć w bagażu lotniczym. Skoro jednak gaz już mieliśmy przywiodła nas tu zwykła ciekawość. Był gaz i wiele innych rzeczy, jak choćby kompletny namiot czy stelaże kolejnych. Może kiedyś ta wiedza się jeszcze przyda?

DSC_4573_4_5

Zaparkowaliśmy na parkingu przy charakterystycznym i widocznym z całego miasta Hallgrímskirkja i ruszyliśmy w noc na podbój stolicy. Dopiero po powrocie do kraju okaże się, że już wtedy, w pierwszych godzinach pobytu na Islandii przywitani zostaliśmy przez zorzę polarną. Zdawałem sobie sprawę, że światła północy na zdjęciach są bardziej intensywne niż widziane gołym okiem jednak, nie z tego, że różnica jest tak znaczna. W Rejkiawiku po prostu jej nie dostrzegliśmy, popadywał deszcz, nad nami przetaczały się gnane wiatrem i podświetlone księżycem chmury. Mieliśmy komplet niesprzyjających czynników: zachmurzenie i pełnię. Czyżby po raz kolejny dostarczony nam został dowód na to, że dwa minusy dają plus?

DSC_4583

Stolica nie powala, ot takie Wronki, tylko że ma drewniane, a nie murowane domki. Za to można zajrzeć przez okno do siedziby premiera albo wypić piwo siedząc na schodach przed jego drzwiami. Żadnych płotów, kamer ani strażników tu nie ma. Dałoby się więc niczym na nadwarciańskiej terasie rozsiąść i na trawniku ale akurat zacina niesiony wietrzyskiem dobrze schłodzony deszcz więc to opcja nieszczególnie atrakcyjna. Lepiej byłoby w pubie. Akurat w jednym z nich mieli promocję o czym informowały potykacze rozstawione w niemal całym mieście. Na dobrych kilkadziesiąt metrów, kilka przecznic od miejsca słychać było, że jest wielu, którym poniedziałek w kalendarzu absolutnie nie przeszkadzał w korzystaniu z happy hours. Kufelek za, bagatela, 40 zł. O przepraszam szklaneczka Heinekena, bo reklamy podawały cenę za 330 ml. Wstąpiliśmy do nocnego znów raczej z ciekawości niż potrzeby. Tak, na półce są Prince Polo.

DSC_4600_1_2_fused.jpg

Z frykasów pozostały nam o tej późnej porze jedynie Bæjarins Beztu Pylsurdog czyli Najlepsze Kiełbaski w Mieście. Za niezbyt wyszukaną nazwą kryje się taki sam lokal… A w zasadzie zwykła buda z hot-dogami, za to sławna na pół świata. W środku nocy, w okolicy zwykle uchodzącej za parszywą, bo tuż przy porcie pomimo zacinającego deszczu należy czekać w kolejce. Sześćset koron za to samo, na co w szwedzkim sklepie meblowym w Polsce trzeba wysupłać zaledwie jedną okrągłą złotówkę. Z prostego rachunku wynika, że za jedną islandzką mielibyśmy na poznańskim Franowie dostalibyśmy oczko  – tak, dwadzieścia jeden porcji. Choć oczywiście nie o tej porze.

DSC_4603.jpg

Po obejrzeniu – z zewnątrz kilku obowiązkowych punktów na planie miasta zziębnięci, wysmagani wiatrem i nadmoczeni postanowiliśmy w końcu ruszyć w poszukiwaniu miejsca na biwak. Dziki biwak oczywiście, bo przecież przetrwało tu Prawo Wszystkich Ludzi.  Poszukiwania nie były ślepe, bo choć wyspa pogrążona była w ciemnościach, to w zanadrzu pozycje mieliśmy z góry upatrzone po poleceniu przez stałego islandzkiego bywalca, Grzegorza. Nie do spania, a do odwiedzenia. My postanowiliśmy jednak połączyć pierwszy nocleg z pierwszą atrakcją. Dotarliśmy do niej z duszą na ramieniu  bowiem już chwilę po pierwszym kontakcie przekonaliśmy się o odrobinę niepokojącej przypadłości Kuby, który na trójce wydawał dźwięki zupełnie niepodobne do samochodu, a raczej kojarzone ze szlifierką. I to felerną. Po przejechaniu niespełna stu kilometrów doszedł kolejny, potencjalnie złowrogi objaw. Wskaźnik paliwa spadł niemal do początku skali i nic nie robiąc sobie z pokonanego  dystansu  informował o niemal  pustym baku. Bylebyśmy tylko nie utknęli gdzieś pośrodku pustego półwyspu Reykjanes. U celu znajdujemy parking i przyjemne trawiaste wypłaszczenia nadające się do rozbicia namiotu. Tylko ten hałas. Wrażenie było takie jakbyśmy stanęli pod płotem walcowni stali. Jeśli to miał być dowcip, to mało śmieszny.

DSC_4649_50_51_fused.jpg

Rano wyszło szydło z worka. Żadna to huta, a najprawdziwsza bomba. Geotermalna. Dotarliśmy do wrót piekieł jak malowanych spozierających groźnie z pobrużdżonej lejami ziemi.  Walory zapachowe  poznaliśmy dopiero w trakcie porannego spaceru, bo  rozbiliśmy się od zawietrznej strony.

Noc, której odrobinę się obawialiśmy okazała się termicznie całkiem znośna, a nasze wielowarstwowe opatulanie się na wzór cebuli zaowocowało jedynie śródnocnymi walkami z rękawami, nogawkami, zamkami, rzepami i – przede wszystkim – pierdziworkowymi sznurkami.

DSC_4768_69_70_fused.jpg

W Gunnuhver, bo tak nazywa się to miejsce nie trzeba się zatem obawiać przemysłowych wyziewów ale raczej sił nieczystych. Na polu geotermalnym rozgrywa się akcja ghost story w trzech aktach, utrwalona zresztą w nazwie. Gunnuhver to Fumarole Gunny lub ewentualnie Gorące Źródła Gunny ale już nie Gejzery Gunny, jak czasem islandzka nazwa bywa tłumaczona. Gejzerów tu nie ma, choć do czasu wystąpienia ostatniego trzęsienia ziemi ponoć były i być może wrócą po kolejnym. Niech będzie Guńskie Fumarole. Same fumarole to nic innego jak jeden z rodzajów wyziewów wulkanicznych, inne to solfatary i mofety. W Polsce można spotkać tylko te ostatnie, niestety najmniej okazałe, bo wyglądają jak kałuże albo źródełka z gazowaną wodą, w dodatku są chłodne i wydzielane gazy (głównie CO2) ani nie odznaczają się wonią, ani – jako, że nie towarzyszy im para wodna – nie kłębią nad powierzchnią. Największa jest niedaleko Muszyny. Gunna zaś to zdrobnienie imienia Guðrún.

Na wstępie należy zaznaczyć, że bohaterka była najprawdziwszą starą wiedźmą choć niezbyt zamożną żeby nie powiedzieć ubogą.

Akt 1. Garnek nieprzeciętnego znaczenia

John William Waterhouse - Magic Circle, źródło: Wikipedia
John William Waterhouse – Magic Circle, źródło: Wikipedia

Z kolei sędzia Vilhjálmur był sąsiadem Gunny lub według innej wersji właścicielem ziemskim, od którego Gunna dzierżawiła działkę. Nie bardzo wiadomo, jak rozpętała się afera ale w sporze poszło o prześwietny widocznie garnek, który Vilhjálmur zajął na poczet niespłaconego długu albo zaległego czynszu. Musiał więc być to niezwykle cenny sprzęt skoro Gunna poprzysięgła okrutną zemstę… O byle skorupę przecież by się tak nie gorączkowała? Z drugiej strony, jeśli wziąć pod uwagę rolę statków w wiedźmowym fachu, to zapalczywość wywołana pozbawieniem kuchennych utensyliów nabiera nieco więcej sensu.

Akt 2. Zemsta słodka acz upiorna

Gunna zmarła. Nie wiadomo jednak, czy pozbawiona środków do życia za sprawą zaboru profesjonalnego przymiotu w postaci garnka czy ze zwyczajnej, ludzkiej starości. Wiadomo za to, że rankiem, następnego dnia po pogrzebie odnaleziono martwego Vilhjálmura. Co więcej, nie jako zwyczajnych, zimnych zwłok ale jako trupa człowieka przed śmiercią umęczonego, posiniaczonego o nienaturalnie powykręcanych członkach. Nie było więc żadnych wątpliwości, musiała to sprawić Guðrún wiedziona pragnieniem wypełnienia swej zemsty przemieniona w drauga, istotę nieumarłą, dzieląca pewną część przymiotów ze swojskim słowiańskim wampirem. Draug posiada ciało, żyje we własnym grobie często pilnując pogrzebanych w nim skarbów. Przyczyną jego istnienia może być również wywarcie zemsty na przykład poprzez dręczenie kogoś, kto skrzywdził go za życia. Co ważne potwór ten posiada nadludzką siłę, może przemienić się w smugę dymu i dzięki temu przenikać przez ściany czy skały, nadto może zmieniać kształty, przyjmować postać zwierząt, kontrolować pogodę i przewidywać przyszłość. Swoje ofiary zabija w przeróżny sposób, repertuar obejmuje szeroki zakres metod począwszy od zwykłego zmiażdżenia czy rozerwania, poprzez pożarcie ciała albo wypicie krwi aż po wpędzenie w szaleństwo i przejęcie kontroli nad umysłem i sprokurowanie samobójstwa. Na szczęście istota może zostać również ponownie,  już na dobre, zabita. Preferowaną metodą jest odcięcie głowy, spalenie ciała i wysypanie popiołów w morzu.

Nic więc dziwnego, że okoliczni mieszkańcy z obawą spoglądali w przyszłość, tym bardziej, ze wkrótce w niewyjaśniony sposób z życiem pożegnała się wdowa po sędzi. Z biegiem czasu draug, jak to mają w zwyczaju, potężniał i powodował coraz większe niepokoje. Zaczęli znikać ludzie, wielu doświadczyło przykrych tudzież przedziwnych wypadków, inni widywali ducha.

Akt 3. Zbawcza moc gorzałki i praktyczne wykorzystanie fumaroli

W Vogsósar był pastor Eiríkur Magnússon potrafiący obchodzić się z nadprzyrodzonymi mocami. Problem polegał na tym, że jako duchowny nie bardzo miał ochotę zadawać się z ciemnymi mocami i pogańskimi wierzeniami. Miał za to pewną słabość. Brennivín czyli ziemniaczaną gorzałę zaprawianą kminkiem. Napitek jest sprzedawany od lat ’30-tych XX wieku , tj. od zniesienia prohibicji niezmiennie w zielonych butelczynach oklejonych czarną etykietą. Z tego powodu zwana ma być czarną śmiercią. Nie próbowaliśmy wynalazku ale z opisu wydaje się podobny do skandynawskiej akvavity, a jeśli i smak ma nieodległy, to nie pozostaje nic innego jak tylko dobrodziejowi głęboko współczuć. Przybyli więc mieszkańcy Reykjanes do pastora w sile sześciu ludzi prosić o pomoc. Argumentem rozstrzygającym na ich korzyść stał się konkretny zapas tejże kminkówki. Ojczulek zgodził się pomóc jednak osobiście nie pofatygował się w nawiedzone miejsce lecz przygotował jeno magiczny fortel. Zaopatrzył nieszczęśników nękanych przez demona w motek przędzy i zastrzegł, że muszą sprawić, by dotarł do rąk własnych Gunny, a raczej tego, w co się przemieniła.

Po powrocie do domu wieśniacy zrobili, jak im przykazano. Kiedy tylko potwór złapał motek, ten zaczął się turlać pociągając drauga za sobą aż do krawędzi wielkiej fumaroli i dalej, do jej wnętrza.

Tyle oficjalna wersja ale miejscowi powiadają, że Gunna nie została wciągnięta do trującej kipieli lecz przędza jedynie zatrzymuje ją na obszarze pola geotermalnego i błąka się tam po dziś dzień do czasu, aż zdecyduje się wskoczyć do wnętrza ziejącej otchłani…

Kolory! Kolory po prostu powalają. Już wiem, że Islandia zawodu nie dostarczy. Później okaże się, że im dalej się zapuścimy tym piękniej tylko będzie.  Jak wieść niesie Islandia wiosną mieni się pięknie barwami milionów kwitnących kwiatów, zimą jest ciemno, a latem jedynie zielono niczym na obrazkach z Irlandii. Nie trafiliśmy za to na opisy jesieni. Tylko jeden jedyny blog prowadzony przez pewną Koreankę zawierał opisy podróży po Islandii w terminie podobnym do naszego, rok wcześniej. Poszukiwaliśmy tam jednak informacji o pogodzie, głównie temperaturach, a kolory przeoczyliśmy. I bardzo dobrze! Mieliśmy dzięki temu niespodziankę i niesamowitą frajdę z odkrywania tych wszystkich odcieni zieleni, żółci i czerwieni  i brązów. Uwielbiam jesień w Polsce ale dopiero na Islandii zobaczyłem ją w pełnej krasie.

DSC_4783

Fabryka nie była jednak majakiem wytworzonym przez próbującą nas usidlić Gunnę ani strudzone dwudziestogodzinnym dniem umysły. Światła migające w oddali za ścianą deszczu i tumanem pary i wulkanicznych wyziewów istotnie okazały się industrialną instalacją, tyle, że bezdźwięczną zupełnie – elektrownią geotermalną.

Po rozwiązaniu zagadki nocnych huczeń oraz świetlnych błysków i wykluczeniu ewentualności opętania przez nieumarłą przyszedł czas na zapoznanie się z pozostałymi atrakcjami przylądka, najstarszą latarnią morską na wyspie i klifami. Kąpiel w północnym Atlantyku okazała się niepociągającą, poprzestaliśmy na wspięciu się na klify. A zaraz potem przyszła refleksja:

„Człowiek jak tylko zobaczy Amerykę, to od razu wie, że to zupełnie inny świat i zupełnie inne możliwości”

20160920_101657

Przeszliśmy się bowiem z Eurazji do Nowego Świata suchą stopą. No, względnie suchą, a na pewno suchszą od głowy, bo w międzyczasie znów się rozulewiło. Miðlína to symboliczne miejsce, jakich na Islandii wiele, bo ryft biegnie z południowego zachodu na północ przez całą wyspę i nieraz jeszcze przyjdzie nam się po nim kręcić i przemierzać go to w jedną, to w drugą stronę ale Międzykontynentalny Most jest jeden.

DSC_4889_90_91_fused

W drodze ku interiorowi przyszło poszukać turystycznej infrastruktury, po wizycie w spożywczaku i uzupełnieniu zapasów zamarzyła nam się zwykła parkingowa wiata, gdzie można by schronić się przed deszczem, wiatrem i coś upichcić. Nic z tego, to jeden z nielicznych minusów podróżowania po wyspie. Wiat brak. Owszem, są parkingi, są ławki, ławy, ogrzewane toalety ale zadaszonych wiat próżno szukać. Na naszym szlaku o długości ponad dwóch tysięcy kilometrów nie natknęliśmy się na ani jedną. Wybawieniem okazało się Þorlákshöfn i… tamtejsza poczta. Przy okazji natknęliśmy się tu na polski, acz mało sympatyczny akcent. Jakieś 1,5 m przed okienkiem na podłodze wymalowana jest linia. Wydaje się, że to czytelny sygnał, a jednak nie. Musi mu towarzyszyć tabliczka z napisem co ta linia oznacza i że personel naprawdę prosi aby się do niej zastosować. Tylko po polsku, powszechnych islandzkich i anglojęzycznych tu nie było potrzeby wywieszać.

2W Bonusie, najtańszym dostępnym sklepie, na pierwszy rzut oka wygląda, że nie ma nic poniżej tysiąca koron (~10€). Po dłuższej chwili przeglądania półek okazało się, że jednak coś tańszego się znajdzie, wśród nich fasola konserwowana, woda (wbrew zapowiedziom można kupić niegazowaną, wytoczoną z lodowca) albo skyr, którego 150-200 gramowe opakowanie wypada w okolicach 1€. Połowie ekipy zasmakował, zwłaszcza w wersji jagodowej. Druga połowa na wszystko, co mleczne ma długie zęby. Z tym, że ta pierwsza połowa, to jedynie ja, ponieważ wybraliśmy się na Islandię z Łukaszem tylko we dwójkę. Skyr jest w smaku podobny do jogurtu typu greckiego choć smak ma nieco tępy i podobnie do jogurtu jest konfekcjonowany. Ciekawostką jest to, że nie zawiera tłuszczu. Normalna wersja na etykiecie napisane miała „Fita – 0,2g” czyli zawierała zaledwie 0,02% tłuszczu, a light wyróżniała się jedynie zawartością cukrów. Co ciekawe, skyr nie jest jogurtem, a serem, ponieważ do produkcji używa się podpuszczki. Od niedawna wyrób jest dostępny w Polsce w jednym z rodzimych dyskontów spożywczych.

20160920_143852

W końcu dotarliśmy do pierwszej i ostatniej większej miejscowości na planowanej trasie do Hveragerði, gdzie przyszło zweryfikować informacje podawane przez wskaźnik paliwa. Okazał się blagierem i mitomanem, bo apetyt Kuby na wahę był całkiem normalny i do baku weszło tyle, ile powinno. Zeszło nam sporo stresu, zwłaszcza, że zaraz mieliśmy wjechać  na drogę oznaczoną numerem poprzedzonym literą „Fi pokonać około 200 km. Owa litera wyróżnia zaś górskie szutrówki przeznaczone wyłącznie dla aut z napędem 4×4, na których próżno szukać stacji benzynowych.

Z bezdrożami przyszło nam się zetknąć wcześniej bo jeszcze przemierzając drogi Złotego Kręgu zdecydowaliśmy się zboczyć z utartego szlaku by obejrzeć kilka mniej popularnych atrakcji. Pierwszy kontakt z latówką przyprawił o szybsze bicie serca, bo droga okazała się parszywa, a dotarcie do lawowej jaskini małym wyzwaniem i to pomimo tego, że przyszło pokonać zaledwie kilkaset metrów. Nazywana jest Jaskinią Małej Dziewczynki (Gjábakkahellir), ponieważ słuch o dziewczynce, która według ludowego podania weszła do niej pewnego razu zaginął na wiele dni. Dziecko odnalazło się przy innym wejściu do podziemi na oddalonym o kilkadziesiąt kilometrów w linii prostej półwyspie Reykjanes w butach pełnych szczerozłotego piasku. Później okazało się, że od zachodu dojazd jest całkiem wygodny, mimo, że ciągle szutrowy. Do asfaltu wśród przepięknych widoków można spokojnie się rozpędzić i jechać na najwyższym biegu z prędkością kilkudziesięciu kilometrów na godzinę. Druga z jaskiń, Laugarvatnshellir, ma całkiem interesującą historię, nie legendę. Jeszcze na początku XX wieku stanowiła dom, co w dodatku nie było na Islandii niczym niezwykłym. Rodzinę „jaskiniowców” odwiedził sam król Danii i właśnie z tej okazji wybudowana została droga, którą przyjechaliśmy.

Laugarvatnshellir-wizualizacja
Źródło: icelandnews.is

Będzie jeszcze okazja na podobne refleksje ale warto wspomnieć o terminie wyjazdu, którego wybór okazał się strzałem w dziesiątkę. Pogoda – jak na tutejsze – warunki nie była zła, czaiła się w dodatku szansa na zobaczenie zorzy, przyroda rozbuchała kolorami, a my te wszystkie cudowności oglądać mogliśmy wolni od tłumów turytów. A to ponoć ostatnimi czasu na prawdziwa islandzka plaga. Tym bardziej, że wszystkie niemal atrakcje, w myśl powiedzenia, że krajobrazy są za darmo, dostępne są be żadnych opłat, nawet parkingowych. Przynajmniej tak było, w czasie naszej wizyty. Przykładem nich będzie właśnie Laugarvatnshellir, gdzie kilka miesięcy temu udostępniono turystom odrestaurowany dom. Wizyta w nim kosztuje 1900 koron. Nam zdecydowanie wystarczył stan sprzed odbudowy i bogato ilustrowane archiwalnymi zdjęciami tablice informacyjne.

Gwoździem programu miał być jednak Geysir i Gullfoss. Tam nadal nie trzeba kupować biletów, nawet za symboliczną kwotę, co wydaje się nieprawdopodobne. Zwłaszcza po wizycie w Chinach. Gejzer, chyba nie tylko dla mnie był pierwszą nazwą kojarzącą się z Islandią i choć erupcje wyglądają fenomenalnie, to wiele innych miejsc widzianych podczas tego wyjazdu pobiło go na głowę, choćby wodospad Gullfoss.

Tuż za wodospadem droga numer 35 zyskuje swój literowy dodatek, a ruch kompletnie zamiera, zapada zmrok i nie pozostaje nam nic innego, jak rozejrzeć się za noclegiem…

Reklamy

Jeden komentarz Dodaj własny

  1. Bardzo interesujące 🙂 Czekam na cdn 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.