Latem szukaliśmy jesieni, znaleźliśmy zimę

dnia

Po zachodzie słońca spotkanym przy Detifoss niezrażeni zapadającymi ciemnościami ruszyliśmy na północ, wszak zmierzch trwa w tych szerokościach geograficznych i trwa… Dla nas oznaczało to niemal godzinę na znalezienie noclegu. Kjölur, bo taką historyczną nazwę nosi F35, cieszy się opinią idealnej dla początkujących amatorów Islandii i rozpoczęcie przygody z interiorem. Wszystkie przeprawy na tej drodze zaopatrzone są w mosty, ponadto spory – przynajmniej w sezonie – ruch sprawia, że droga jest utrzymana w dobrym stanie, a w razie Niemca można liczyć na szybką pomoc. Przejezdna jest przy tym zwykle do końca października. Pojechaliśmy więc w stronę Błękitnej Góry (Bláfell, 1204 m n.p.m.). Już dziesięć kilometrów za wodospadem, nad rzeką jest przestronny schron, niemal hangar, z którego można wedle informacji błąkających się po sieci korzystać za darmo. Miejsce kusiło ale nie daliśmy wiary, że można tam ot tak, po prostu wejść  i się rozgościć. Minęliśmy zatem potencjalne acz niedoszłe lokum, by po pokonaniu kolejnych piętnastu kilometrów już w zupełnych ciemnościach wspiąć się na przełęcz Bláfellsháls (590 m n.p.m). Jest tam usypany przez podróżnych sporych rozmiarów kamienny kopiec ale w świetle reflektorów nie dojrzeliśmy nic ponadto, żadnego atrakcyjnego miejsca nadającego się na biwak, przede wszystkim osłoniętego przed wiatrem, bo dęło znów jakby się kto uwiesił. Tylko na czym, skoro drzew tu nie ma żadnych? Przełęcz nie cieszy się wśród przesądnych wyspiarzy dobrą sławą choćby za sprawą wyjątkowo kapryśnej w tym miejscu pogody. Mijała właśnie nasza pierwsza doba spędzona na Islandii, a już z niedowierzaniem przyjęliśmy informację, jakoby miałyby być na wyspie miejsca, gdzie można mówić o mniej lub bardziej stabilnej i przewidywalnej pogodzie. Islandczykom chyba też nie jest łatwo zaakceptować taką ewentualność i wolą winą obarczać paskudny charakter Hallgerður.

Złośliwa ta trollica, która czarami potrafiła sprawić, że podróżujący przez Kjölur ludzie tracili zmysły i orientację i gubili się na pustkowiach otaczających przełęcz.

W przeszłości często więc wybierano alternatywny wariant szlaku, doliną Hvíty okrążający masyw od wschodu. Dorzuciliśmy tylko do stosu po kamieniu nie chcąc uchybić zwyczajowi, bo przecież nie dlatego, że zaniedbanie go uchodzi za zły omen.

W 1780 roku dwóch braci pędziło po Kjölur stado owiec na swoją farmę nad zatoką Skagafjörður. Do domu jednak nie dotarli, a wraz z nimi zaginęło pięciu towarzyszy, szesnaście wierzchowców i trzysta owiec. Co prawda w trakcie przeprowadzonych wiosną poszukiwań na polu lawowym Kjalhraun ujawniono szkielety zwierząt, a nawet ludzkie szczątki jednak samych braci nigdy nie odnaleziono.

Dziś drogą wzdłuż rzeki się nie jeździ, bo przełęcz stała się bezpieczna. Wcale nie dzięki takim zdobyczom cywilizacji, jak motoryzacja czy meteorologia ale dzięki jednemu człowiekowi o imieniu Ólafur. Śmiałek ten pewnego dnia po prostu wykrzyczał imię trollicy i w ten sposób odczynił zły czar przy okazji ocalając całą okolicę. Hallgerður została uwolniona, przeniosła się do Ukrytego Świata, gdzie przemieniona została w nadzwyczaj piękną elfkę, znalazła męża i odtąd wiedzie szczęśliwe życie nienaprzykrzając się więcej ludziom.

Po kilku kilometrach zjechaliśmy do mostu przerzuconego nad rzeką Białą (Hvítá), tuż poniżej miejsca, gdzie wypływa z lodowcowego jeziora Hvítárvatn. Stoi tu zgrabny i przytulny schron, niestety zamknięty na cztery spusty. Trudno, przynajmniej znaleźliśmy osłonę przed lodowatym wiatrem ześlizgującym się z przysypanego już śniegiem szczytu Bláfell, który wbrew nazwie wcale nie mienił się błękitem.  Rozbiliśmy namiot i po kolacji złożonej z kurczaka tikka masala podlanym gorącą herbatą i kilkoma kieliszkami żołądkowej gorzkiej bez przygód spędziliśmy noc u podnóży Niebieskiej Góry. Niestety noc znów pozbawioną zorzy, której wypatrywaliśmy zważywszy na brak jakichkolwiek świateł wynikający z oddalenia od osiedli. Jednak zza ołowianych chmur przewalających się ponad pustym interiorem prześwitywał jedynie blask Łysego w pełni. Interiorze pozornie pustym, bo spaliśmy przecież w trollim mateczniku.

W jaskini na górze Bláfell od niepamiętnych, jeszcze pogańskich czasów mieszkało małżeństwo trolli, Hrefna i Bergþór. O Hrefnie wiadomo niewiele więcej ponad to, ze poróżnił ją z mężem stosunek do chrześcijaństwa. Łagodnie usposobionemu i przyjaznemu Bergþórowi w ucho wpadły religijne pieśni i odmierzające czas bicie w dzwony, których dźwięki dobiegały do jaskini z doliny, z kościoła w Haukadalur. Hrefna z kolei znieść ich nie mogła i zażądała przeprowadzki z dala od chrześcijańskich siedzib.  Troll się nie zgodził i skończyło się rozwodem. Hrefna zamieszkała na pustkowiu za Hvítą, a Bergþór zestarzał się w swojej jaskini. Nie nudził się, bo czas umilały mu relacje towarzyskie z ludźmi całkiem poprawnie nawiązane. Przeczuwając kres swych dni troll poprosił proboszcza o pochówek na parafialnym cmentarzu. Ksiądz oczywiście niechętnie przyjął tę propozycję ale troll obiecał sowitą nagrodę. Trzeba przy tym wiedzieć, że są to istoty słynące z upodobania do gromadzenia srebra, złota oraz kosztowności. Kiedy nadeszła wiadomość o śmierci trolla ksiądz wraz z pomocnikiem poszli do jaskini, znaleźli zmarłego i przygotowaną zawczasu trumnę. Poszukiwania obiecanej zapłaty spełzły jednak na niczym, bo nie znaleźli nic więcej poza garnkiem wypełnionymi zasuszonymi liśćmi, bodaj herbaty. Pomocnik kilka z nich wsadził do kieszeni, a ksiądz mimo, że zezłoszczony postanowił dotrzymać danego słowa. Zawiedziony zarządził jednak pochówek nie na cmentarzu lecz poza jego obrębem. Kiedy tylko trumna spoczęła w ziemi kieszenie zaczęły pomocnikowi ciążyć. Okazało się, że liście zamieniły się w szczerozłote sztabki. Czym prędzej pobiegł dobrodziej po wzgardzony wcześniej susz jednak jaskinia zniknęła.

Bergthor of Blafell

Nagrobek trolla można obejrzeć w okolicach Geysir.

Rankiem szlaku Kjölur nie wypełniły tłumy. Później też nie. Mogliśmy więc niespiesznie obejrzeć okolicę naszej noclegowni, w efekcie czego zaczęliśmy zastanawiać się, co nam umknęło i odrobinę żałować widoków skrytych za zasłoną nocy  na przestrzeni dwudziestu kilometrów przejechanych po zmroku.

W drodze do lodowca nie spotkaliśmy nikogo, a dzięki temu mogliśmy robić przystanki w dowolnie wybranym miejscu. Okazji po temu było mnóstwo, bo przestrzenie są powalające i zastaliśmy je skąpane w feerii barw, których nie spodziewalibyśmy się na wulkanicznej pustyni, a już na pewno nie w takiej intensywności.

Szutrową F35 jechało się momentami lepiej niż niejedną z polskich dróg wojewódzkich i wcale nie mam tu na myśli na myśli sławnej DW133. Drogę tę śmiało można by pokonać miejskim compactem. W końcu nie takie nimi pokonywaliśmy. Spokojnie, tutaj brak atrakcji podobnych do tych z gruzińskiej krajowej jedynki w Górach Mescheckich. Tyle tylko, że nie wolno, bo to nieszczęsne „F” (od fjallvega – górska droga, na Islandii wszystko, co wystaje powyżej 300 m n.p.m. uznawane jest za góry). Z tym, że jazda najzwyklejszymi osobówkami po Kjölur posiadającej kategorię „primary highland road” jest ponoć dozwolona pod warunkiem, że na kołach założone są zimówki. Poza tym w zasadzie nic nie grozi za wjechanie autem z napędem na jedną oś na którąkolwiek z góralek. Przynajmniej ze strony policji i służb, mandatu za to nie się nie dostanie. Całe szczęście, bo islandzkie mandaty są porażające, a drakońskie kary grożą nie tylko za przekroczenie prędkości. Najwyższe można zarobić za zjechanie z drogi, a jako offroad traktowana bywa nie tylko jazda poza szlakami ale nawet parkowanie na „poboczu”. Cudzysłów wziął się stąd, że tak naprawdę poboczy drogi te są pozbawione. I tak kwota mandatu za poruszanie się poza drogami zwykle waha się od 100000 do 200000 koron, a jeśli stosowne organa szkody wyrządzone środowisku naturalnemu uznają za „znaczne”, to grzywna  może wzrosnąć do 350000 koron czyli nieco powyżej dwunastu tysięcy złotych. Na dokładkę można zaliczyć odsiadkę, odpowiednio do dwóch lub czterech lat. Wracając do compactów w interiorze, to przykre konsekwencje grożą jeśli zdarzy się coś przykrego w trakcie jazdy wypożyczonym autem, którym wjechało się tam, gdzie nie powinno, na przykład na drogę górską właśnie. Wtedy nie zadziała ubezpieczenie. Co więcej, niektóre wypożyczalnie doliczają sobie do rachunku kary za sam fakt takiej jazdy nawet jeśli nic złego po drodze się nie przydarzy i wcale nie potrzebują do jej ujawnienia wymyślnych rozwiązań w postaci zaawansowanych technologii w rodzaju lokalizatorów GPS. Wystarczają miejscowi, którzy niezwykle chętnie powiadamiają firmy o obecności ich pojazdu w niewłaściwym miejscu. Nie czynią tego ze złośliwości czy zawiści lecz prawdopodobnie w odruchu czystego altruizmu, a na pewno legalizmu.

DSC_5262_3_4_fused

Nam na pokładzie „Kuby” jechało się łatwo, miło i przyjemnie, a rozwijane prędkości ograniczała jedynie obawa o przeoczenie któregoś z wspaniałych widoków przewijających się za oknem. Przynajmniej w warunkach, jakie zastaliśmy, bez ulew i śniegu.

DSC_5274_5_6_fused

A co kiedy spadnie ze śnieg? Wtedy jest zima i górskie drogi są zamykane, chociaż my po śniegu pojeździliśmy ale nie na 35, a na odchodzącej od niej F347, na którą oczywiście postanowiliśmy wjechać. W międzyczasie chmury zniknęły razem z wiatrem, wyszło słońce i choć jego promienie nie grzały wcale, to zrobiło się jeszcze piękniej. Może dziś wieczorem pojawi się w końcu szansa na czyste niebo i zobaczenie zorzy? Tylko, że akurat dziś planujemy spać w mieście, w dodatku drugim pod względem wielkości w kraju więc do utrudniającej sprawę pełni dojdzie miejskie zanieczyszczenie światłem. Ale to nie czas na marudzenie, nie teraz, kiedy za zakrętem ze zdumieniem znajdujemy w blasku wschodzącego słońca zupełnie nieoczekiwaną wspaniałość. Nasza droga wiedzie niemal przez wodospad, Gýgjarfoss, którego nazwy próżno szukaliśmy na naszych mapach. Widocznie kaskada wysoka na pięć i szeroka na dwadzieścia metrów jest zbyt poślednia na to, by zasłużyć na wzmiankę w przewodniku lub choćby na mapie.

DSC_5280_1_2_fused

Poszukiwania w sieci nie wniosły wiele więcej, poza tym, że doszukano się informacji o tej właśnie siklawie w… Boskiej Komedii i na wizerunku Mona Lisy. Zaciekawionych odsyłam tu i tu.

Znad wodospadu widać już było sprawcę okolicznego krajobrazu, łańcuch wulkanicznych stożków, „Góry Babskie” (Kerlingarfjöll), po stokach których Jimny wspiął się na nieco ponad 900 m n.p.m. Dalszą jazdę utrudniał lód pokrywający stromy podjazd, więc porzuciliśmy auto i wdrapaliśmy się na znakomity punkt widokowy leżący na wysokości 1060 m n.p.m. Do tego miejsca prowadzi wygodna droga ale oblodzenie uratowało nam skórę, a na pewno uchroniło przed stratą mnóstwa czasu. Śniegu bowiem zastaliśmy tu  tyle, że nasz miniaturowy samochodzik pomimo względnie dużego prześwitu niechybnie zawisłby na zmrożonych koleinach wyżłobionych przez cięższe pojazdy. W miejscu, do którego doszliśmy rozpoczyna się ścieżka prowadząca na pobliski szczyt Fannborg (1428) i wyższy o 30 m Snækollur. Stamtąd na pewno rozpościera się piękna panorama na Hofsjökull, trzeci lodowiec wyspy (925 km²) z jego niemal idealnie kolistym kształtem. Niestety, szlaki były zasypane i nieprzetarte więc nie zdecydowaliśmy się ani na podejście ani na zejście do doliny gorących źródeł Hveradalir. Niemniej, oczy nacieszyliśmy do syta, przy czym nie sposób było nam się nie zgodzić, że trudno o lepsze określenie śniegów dymiących siarkowymi  wyziewami niż „kraina ognia i lodu”.

Przeżyliśmy bez strat zjazd drogą przypominającą bardziej bobslejowy tor niż szosę i dopiero po powrocie na główną trasę dotarło do nas, że właśnie przeszła nam koło nosa iście syberyjska możliwość gorącej kąpieli wśród śniegów.

DSC_5359_60_61_fused

Nie pogrążyliśmy  się jednak w żalu, bo japy ciągle rozdziawione mieliśmy w zachwycie nad surową urodą iście bajkowych widoków przetaczających się za rozedrganymi na wybojach oknami. Ponadto naszym następnym celem – po Gorącej Dolinie (Hveradalir) – były Gorące Pola (Hveravellir), o których wiedzieliśmy na pewno, że ablucji można tam zażywać do woli.

Z czasem krajobrazy stały się bardziej nudne. Podskakując na nierównościach przemierzaliśmy rozciągające się pomiędzy horyzontami pola lawy czyli niemal płaskie kamienisko. Nuda, nuda i jeszcze raz nuda. A wiadomo, że jednym z lepszych sposobów na nudę jest… Seks. No to przyszedł czas na zajęcie się tą sferą.  Wszyscy znamy mniejsze i większe kamienne kopce i kopczyki, jak ten mijany przez nas poprzedniego dnia na Bláfellsháls, budowane od niepamiętnych czasów wzdłuż dróg, szlaków i przeróżnych granic w niemal każdym zakątku świata, również w naszych polskich górach, choćby na tatrzańskiej Krzesanicy. Kopce te oprócz oczywistej funkcji jaką jest znakowanie szlaku pełniły wiele innych ról, a na Islandii miały chronić wędrujących przed złośliwymi trollami (nazywane są varða, co znaczy strażnik). Strażnicy w okolicy, do której dotarliśmy są niemal jedynym urozmaiceniem płaskości.

Być może na początku osiemnastego stulecia, może wcześniej kopce stały się czymś w rodzaju tablic czy raczej słupów ogłoszeniowych albo swoistych urzędów pocztowych. Wyspiarze zostawiali ukryte w nich wiadomości wyryte na zwierzęcych kościach informujące o wypadkach, zagrożeniach, a nawet zaginionych zwierzętach. Z czasem suche wiadomości zostały zastąpione przez sprośne wierszowane zagadki. Fenomen ten wiązany jest czasem z pogańskim kultem Freji, nordyckiej bogini miłości i płodności, któremu oprócz składania ofiar ze zwierząt towarzyszyły obrzędy podobne do bachanaliów. Sprośności wypisywane na owczych piszczelach miałyby stanowić ich namiastkę lub odległe echo. Niezbyt jasna jest etymologia drugiej nazwy islandzkich kopców nazywanych też beinakerling. Etnografowie tłumaczą ją jako „kościste baby”, „kostne kopce” albo „kościste trollice”, bowiem beina to „kość”, a kerling „kobieta”, a raczej „stara baba”, choć Islandczycy używają tego słowa również jako kolokwialnego określenia partnerek, zupełnie podobnie do swojskiego „moja stara”. Z tym ostatnim znaczeniem wiąże się pogląd, że rubaszne rymowanki pozostawiane były przez usychające z samotności żony pozostawione gdzieś w dziczy, na odosobnionych farmach przez wyruszających w podróż mężów i pełniły funkcję podobną do sprawowanej dziś przez apki w rodzaju Tindera.

Nigdy się ze mną nie spotka −
Nieszczęśliwy człowiek.
Ulituję się nad tobą −
Jeśli jesteś zbyt szybki

Szukam dobrego towarzystwa
Jestem sama w Kaldadal
Czy jesteś dobrym chłopcem?

Każdy, kto zechce mnie mieć,
będzie mile widziany.
Samotna pośród gór,
nie mogę znaleźć zaspokojenia

Czyżby było to potwierdzenie sądu, że na tej północnej wyspie nie od dziś na wierność patrzy się inaczej niż na kontynencie, a sławna islandzka rozwiązłość nie jest zjawiskiem nowym?

DSC_5386_7_8_fused

DSC_5374_5_6_fused

Dwadzieścia pięć kilometrów od towarzyskiego słupa ogłoszeniowego dotarliśmy do pola geotermalnego opisywanego jako najpiękniejsze w całym kraju. Są tu gorące potoki, kilka źródeł i gejzerów, jest niecka, w której można zażyć kąpieli, są solfatary czyli kolejny rodzaj wulkanicznych wyziewów, dotąd nam nieznany, jest też islandzka chata pokryta darnią, torfbæir, którą można sobie obejrzeć również od wewnątrz.

Miejsce wydawało nam się idealne na przyrządzenie obiadu więc postanowiliśmy tak właśnie je wykorzystać po zakończeniu zwiedzania ukoronowanego kąpielą w siarkowej kipieli. To akurat nie jest niczym spektakularnym, bo z każdego kranu i prysznica w tym kraju leci taka sama woda, roztaczająca identyczną woń.

DSC_5422_3_4_fusedDSC_5425_6_7_fused

Ruszyliśmy z powrotem na parking, po kąpielowe i obiadowe utensylia i właśnie wtedy na parking zajechał konwój pięciu czy sześciu wściekle żółtych autobusów żółcią przywodzącą na myśl busy szkolne. Wytoczyły się z nich jakieś dwie setki niemieckich turystów ale gdyby miała to być wycieczka szkolna, to sądząc po średniej wieku musiałaby być zorganizowana przez grono pedagogiczne placówki oświatowej w rodzaju Waffen-SS Junker und Waffen Schule Posen-Treskau.Umknęliśmy z Hveravellir czym prędzej, a pierwszy posiłek pod dachem zjedliśmy już za 55 stopniem szerokości geograficznej północnej, w pomarańczowym domku  Arnarbæli, który w razie załamania pogody może okazać się prawdziwym darem niebios. W normalnych warunkach – z tego, co słyszeliśmy, bo do informacji pisanej nie dotarliśmy – spać tutaj nie wypada, a zdarza się ponoć, że stosowne służby mogą stąd zdecydowanie wyprosić. Niemniej, odpocząć i upichcić zawsze coś można. Można również zdobyć w krytycznej sytuacji coś do zjedzenia lub zostawić nadmiar wiktuałów potrzebującym.

DSC_5431_2_3_fusedDSC_5478_79_80_fused

Stąd już tylko 80 km szutru do jedynki i kolejnych sto po wygodnym asfalcie do drugiego pod względem wielkości miasta Islandii, osiemnastotysięcznego Akureyri, gdzie czeka na nas cywilizacja z jej zdobyczami: dachem, ogrzewaniem, prysznicem i łóżkami.

DSC_5484_5_6_fused

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.