In sorte Diaboli

dnia

Akureyri

Wizyta w Stolicy Północy, przynajmniej kulturalnej oznaczała dla nas zupełną odmianę. Miasto omietliśmy wzrokiem z pewną dozą sympatii dzięki skojarzeniu ze scenografią kojarzącą się z niezapomnianym „Przystankiem Alaska” ale to wszystko.

968full-northern-exposure-poster

Niczego wartego szczególnej uwagi nie dojrzeliśmy. Przy czym nie było mowy o rozczarowaniu, na tę wyspę cudów nie przyjeżdża się w poszukiwaniu perełek architektury.

DSC_5490_1_2_fused

DSC_5494

Interesujący mógłby być spacer po tutejszym ogrodzie botanicznym (Lystigarðurinn), w którym co prawda nie ma jakiś sensacyjnych okazów ale sam w sobie jest pewną ciekawostką. Po pierwsze to prawdopodobnie najdalej na północ wysunięta placówka tego typu, leżąca o 50 km od północnego koła podbiegunowego. Po drugie rosną tu tak nietypowe dla islandzkiego krajobrazu drzewa choć do tego tematu wrócę odrobinę później, a po trzecie mają się tutaj całkiem dobrze gatunki z krajów kojarzonych jeśli nie z klimatem o niebo łagodniejszym od Arktyki, to na pewno cieplejszym. W wielu miejscach przeczytać można, że z powodzeniem uprawia się tu gatunki pochodzące z Hiszpanii, Nowej Zelandii czy Tasmanii. Weźmy taki typowo subtropikalny bambus. Te, które rosną w Akureyri pochodzą ze środkowych Chin, z „Leśnej Prefektury” (Shinnengjia) w prowincji Hubei leżącej mniej więcej pośrodku pomiędzy Chongqing do Xi’an. Jakby nie liczyć, to w linii prostej cztery tysiące kilometrów na południe, „niżej” niż wiecznie wiosenna Madera, mniej więcej na tej samej szerokości geograficznej, co Agadir.

dsc_9124_5_6
Bambusy w Chengdu, na szer. geogr. podobnej do Shinnengjia (~30°N)

Za powodzenie w uprawach tego i innych południowych gatunków w Akureyri odpowiadać ma wyjątkowo łagodny, ciepły i przyjemny mikroklimat fiordu Eyjafjörður, nad którym miasto jest położone. Pewnie tak jest, zwłaszcza jak na islandzkie warunki jednak jest pewien haczyk przywodzący na myśl marketingowe wybiegi.

dsc_8933

Otóż Fargesia murielae, roślina  znana lepiej jako bambus parasolowaty i inne egzoty nawet jeśli pochodzą z tropików, to z tamtejszych obszarów górskich, a ten konkretny bambus w Chinach zajmuje stanowiska znajdujące się na wysokości pomiędzy 2500, a 3000 m n.p.m, gdzie bywa, że wchodzi w skład diety pandy wielkiej. Na takiej wysokości i w Shinnengjia solidnie śnieży, a temperatury spadają grubo poniżej zera. Zwłaszcza, że uchodzi ta okolica za najlepszy chiński ośrodek narciarski.

Co tam bambusy i inne kwiatki, przede wszystkim zaznać mogliśmy kontaktu z ludźmi, nie tylko turystami ale i z tubylcami. Z pierwszymi nie poszło najlepiej. W pensjonacie mieliśmy kilkoro współlokatorów, latynoską parę i – o ile poprawnie zidentyfikowaliśmy język – ekę z Czech ale parę zdań zamieniliśmy jedynie z trójką pochodzącą zza zachodniej granicy.  Żadnych przydatnych informacji jednak nie wymieniliśmy. Teutoni znani z upodobania do podróżowania w tempie blitzschnell wybrali sposób zwiedzenia wyspy objazdem dookoła wybrzeża drogą nr 1 zaś naszą opowieść o wędrowaniu u progu października po interiorze i spaniu pod namiotem, gdzie zmrok zastanie wzięli chyba za ściemę. A kto by tam chciał mitrężyć czas na dyskusje z mitomanami?

Następnego dnia przyszedł czas na odwiedziny w tutejszym uniwersytecie, drugiej tego typu publicznej placówce w kraju. Przepięknie położony na wzgórzu skąd rozciąga się widok na miasto i fiord, u podnóża góry Hlíðarfjall (1200 m n.p.m), na której stokach rozgościł się najważniejszy kurort narciarski kraju z siedmioma wyciągami i 26 trasami zjazdowymi. Uniwerek jest dość przyjemnym miejscem choć nie poraża rozmiarem i przypomina większe polskie liceum. Z grubsza nie różni się zbytnio od przeróżnych polskich Wyższych Szkół Tego czy Siamtego, a najciekawszym kierunkiem, który można na nim studiować jest Prawo Polarne prowadzone wspólnie Uniwersytetami Grenlandzkim, Wysp Owczych, Nordlandzkim i Islandzkim. Niestety, na bogate życie studenckie nie ma tu co liczyć, bo większość studentów rozpoczyna studia już w wieku dojrzałym i bardzo popularne są tu studia zdalne, które wymagają zaledwie paru wizyt w murach uczelni w ciągu całego roku. Za to do dyspozycji żaków jest kuchnia przypominająca jako żywo te turystyczne znane ze schronisk górskich, a do rektora bez żadnego skrępowania można mówić po imieniu. Pozwiedzaliśmy, podyskutowaliśmy, dowiedzieliśmy się tego i owego nie tylko o studiach, studiowaniu ale również o codzienności na Islandii z perspektywy Islandczyka i ruszyliśmy dalej na wschód i jeszcze dalej na północ.

DSC_5532_3_4_fused

Ásbyrgi

Minęliśmy Húsavík skąd można wybrać się w rejs obarczony dużym prawdopodobieństwem spotkania wielorybów lub zajrzeć do muzeum, w którym obejrzeć można na własne oczy, nie tylko to, czym ponoć fascynowała się Katarzyna, z łaski bożej cesarzowa i samodzierżczyni Wszystkiej Rusi ale również walory męskich przedstawicieli z górą setki innych gatunków ssaków. W porcie można również skosztować mięsa maskonura − „pingwina Arktyki” albo „papugi północy”, jak bywa nazywany ptasi symbol Islandii. Komu nie w smak pałaszowanie maskotek, temu pozostaje zajrzeć na pobliski półwysep Voladalstorfa, gdzie ptaki odbywają lęgi i można je podglądać do woli, tyle, że raczej wiosną i latem, bo resztę roku spędzają w morskich odmętach. Tych samych, ponad które jakieś trzydzieści kilometrów na północ wyłania się z spośród fal wyspa Grimsey, na której podeptać można krąg polarny. Nam pozostało zadowolić się przekroczeniem 66ºN. Pędzimy dalej, bo spieszno nam do stolicy wspomnianych już Ukrytych Ludzi mieszczącej w wąwozie Ásbyrgi. Coś nam podpowiada, że warto tam dotrzeć jak najszybciej. Po drodze wyprzedzamy jeszcze parę rowerzystów objuczonych niczym osiołki niosące towary na na suk do feskiej medyny.  Po jakimś czasie dokulają się na nasz kemping, gdzie wyjść z podziwu dla filigranowej Hiszpanki nie będziemy mogli. Nie ze względu na egzotyczną urodę ale zaparciu pozwalającemu na pedałowanie podczas tej pogody, temperatur, przy takim wietrzysku po tych wszystkich wzgórzach, serpentynach, dołkach, przełęczach i górkach.

Wąwóz! A to dobre! Na myśl o wąwozie przed oczami stają mi tatrzański Kraków, pienińskie Homole i Sopczyński ale najczęściej te sandomierskie, przypominające jary, urocze i niewielkie rowy, ostatecznie rozpadliny. Tu zaś rozwarł się przed nami gigant trzyipółkilometrowej długości, szeroki na więcej niż kilometr i otoczony pionowymi ścianami przekraczającymi sto metrów wysokości. Jakby tego było mało pośrodku sterczy z niego i tarasuje dostęp skała o kształcie klina, szeroka na ćwierć kilometra i wysoka na dziesięć pięter. Nazywa się Eyjan czyli Wyspa. I jeszcze las. Tak, las. Bo chociaż według obiegowych opinii Islandia jest wyspą bezleśną, to w tym wąwozie zmieścił się nawet las. Rośnie nie wokół, nie ponad wąwozem ale wewnątrz niego, pozostawiwszy jeszcze miejsce na spore wrzosowisko, kemping i jezioro. Oniemieliśmy. A przecież jest to jedno z tych miejsc, które umieściliśmy na naszej liście do odwiedzenia na samym początku planowania. Obaj wielokrotnie oglądaliśmy zdjęcia skały o kształcie dziobu tankowca prującego wrzosowiska zamiast oceanicznych fal. Nie poprzestaliśmy na oglądaniu fotek ale również co nieco poczytaliśmy więc wiedzieliśmy, że według oficjalnej nauki powstało w ramach wydarzenia przez geografów nazywanego z islandzka jökulhlaup czyli katastrofalnej powodzi glacjalnej. Potrzeba do niej czynnego wulkanu i lodowca. Wulkan wybucha, topi lodowiec i ruszają wody, które kompletnie przebudowują okolicę. Tyle naukowcy potrafiący bezceremonialnie obedrzeć wszystko z reszty romantyzmu, nawet miejsce magiczne jak to ale potomkowie Wikingów doskonale wiedzą, że naprawdę przejeżdżał tędy Odyn na swym ośmionogim wierzchowcu Sleipnirze, a  wąwóz stanowi odcisk jego podkowy. A jako, że to Boże Ustronie jest stolicą Ukrytych Ludzi, to pośród skał w sprzyjających okolicznościach uważny obserwator dostrzec może domy, pałace, sale koncertowe i inne budowle, a nawet spotkać elfy, wróżki…

Na kempingu oprócz iberyjskich cyklistów spotkaliśmy jedynie anglojęzyczną parę. Żadnego personelu, recepcjonisty czy choćby kasjera. Wybraliśmy sobie miejsce w pobliżu węzła sanitarnego osłonione od wiatru wierzbowymi krzewami, chwyciliśmy prowiant i czym prędzej, by zdążyć przed zmierzchem przynajmniej w jedną stronę, wyruszyliśmy na pięciokilometrową przechadzkę ku szczytowi Wyspy po kindastígar, co w matczynej mowie brzmiałoby pewnie Owcza Perć.

Większość oglądanych przez nas zdjęć zrobionych było latem, a my ponownie przekonaliśmy się, że islandzkie lato żadną miarą równać się z jesienią nie może.

Zachwytom znów nie było końca więc zamiast spieszyć na kolację zdecydowaliśmy się zostać na „dziobie” dopóki chłód nocy nas z niego nie przegoni. Żal, że nie zabraliśmy kuchennych ze sobą sprzętów ukoiliśmy przywiezionym z Polski pół postawionym na stół, znaczy kamień. To był  najlepszy botellón, choć odprawiony trzy tysiące kilometrów od Cáceres, swojej słonecznej hiszpańskiej ojczyzny. Słońca w ciągu mijającego dnia nie widzieliśmy zbyt wiele, a prognozy dostarczane przez Veður, aplikację o już sprawdzonej przez nas wiarygodności zapowiadały na noc zachmurzenie zupełne. Tym samym na zobaczenie zorzy znów nie było szans. Może to i lepiej, bo gdyby zastała nas w tym miejscu, niechybnie zeszlibyśmy z wrażenia na zawał czy udar.

Skoro świt zajrzeliśmy nad jeziorko Botnstjörn leżące pośród brzozowo-jarzębinowego lasku u stóp klifów na końcu Ásbyrgi. Chyba nikt nie spodziewałby się na Islandii gęstych, mrocznych puszcz? Co to to nie, jednak iście rosyjskie piętnastometrowe brzeziny miały się tu przed przybyciem ludzi  na tyle dobrze, że porastały 40% powierzchni wyspy, a i dziś jest tu ich o wiele więcej niżby się mogło wydawać. Tym samym mamy kolejny dowód, że wylesienie zawsze wynika z antropopresji.

W stronę Mývatn

Wąwóz jest bramą do 35 kilometrowego kanionu z jego cudami takimi jak Hljoðaklettar i Dettifoss. Wybraliśmy wariant przejazdu pod wschodniej krawędzi. Hljóðaklettar nam umknęło, chyba przez wrażenie jakie zrobił Eyjan i jezioro. Wyszło słońce, pod kołami znów zachrzęściły kamienie na szutrowej drodze, a nasze lica rozpromieniały szerokie uśmiechy na wspomnienie niedawno oglądanych krajobrazów, które zastąpiła kamienna pustynia przecięta jedynie ołowianą strugą ryjącej swój kanion Jökulsá á Fjöllum, dosłownie Lodowcowej Rezki Z Gór, drugiej pod względem długości rzeki na wyspie.

DSC_5739_40_41_fused

DSC_5879_80_81_fused

Ale dość już tej dzikiej i niecywilizowanej przyrody, czas na odrobinę kultury. Resztę dnia przeznaczamy zatem na wycieczkę jeśli nie na kulturalną, to kulturową pod znakiem filmu i muzyki.

Film to „Prometeusz” Ridleya Scotta. Obydwaj z Łukaszem wiązaliśmy z nim spore nadzieje i obaj się srodze rozczarowaliśmy. Jedno, co w obrazie zrobiło dobre wrażenie to scena otwierająca. Ta, w której istota przypominająca człowieka wypija substancję, która powoduje jego rozkład, a produkty rozkładu wpadają do wodospadu

Tym wodospadem jest właśnie Dettifoss przewalający się stumetrową strugą przez próg zawieszony niemal pięćdziesiąt metrów nad dnem kanionu w połowie drogi 864. Tu tłumów też nie zastaliśmy więc poczuć się mogliśmy niemal jak w filmie.

Po kinematografii przyszedł czas na muzykę w jej ciężkim i mrocznym wydaniu. Norweska blackmetalowa kapela Dimmu Borgir nazwę swą wzięła od dużego pola lawowego jakich na Islandii wiele. Dimmuborgir jest jednak wyjątkowe, bo mnóstwo na nim formacji skalnych o różnorodnych kształtach, w tym wąwozów, szczelin, fantazyjnych okien skalnych, a nawet jaskiń. Całość przypomina ruiny starożytnej cytadeli i stąd wzięła się nazwa oznaczająca po islandzku Mroczne Miasto, a także fort lub zamek. Według lokalnych podań stanowi połączenie z piekłem, mówi się również, że to tutaj właśnie upadł strącony z nieba szatan po czym stworzył piekielne katakumby. Trudno o lepsze tło dla symfonicznych brzmień. Brzmień nie byle jakich, skoro „In Sorte Diaboli”, ich siódmy album zajmując pierwsze miejsce w sprzedaży stał się pierwszą płytą gatunku z takim wynikiem w Norwegii, a dostawszy się do zestawienia Billboard 200 zrobił to jako pierwszy album pochodzący z tego kraju od czasów A-ha.

Pomiędzy kinem, od wyjazdu na asfalt, a koncertową sceną przyplątała się jednak znów przyroda w postaci wulkanicznych stożków i kraterów, suchych i wypełnionych wodą, zarówno tych wygasłych przed tysiącami laty jak i ciągle aktywnych, ryftu z jaskinią pełną gorącej wody i kamiennych słupów zatopionych w błękitnej jeziornej toni oraz pseudokraterów, gorących źródeł, fumaroli i solfatar… Wszystko to na przestrzeni bagatela dwudziestu kilometrów.

DSC_5990.jpg

Cóż, z naturą nie wygrasz… I znów jesteśmy w kinie, bo w scenie z „Gry o tron”, w której tę prawdę na własnej skórze poznaje Jon Snow alkowę zagrała jaskinia Grjótagjá z gorącym źródłem i naturalnym basenem wewnątrz. Grota stanowiła całoroczne kąpielisko najpierw dla miejscowych, a z czasem dla turystów. Jednak temperatura wody po ostatniej erupcji w latach siedemdziesiątych wzrosła powyżej 50°C i zażywanie plusków jest obecnie niedozwolone. Ponoć nawet aktorzy odgrywający role serialowych Ygritte i Jona do źródła nie weszli, a scena nagrana została w studiu i tylko cyfrowo przeniesiona do groty.

Szkoda, choć my i tak mielibyśmy w bądź co bądź ciasnym wnętrzu ograniczone w tym względzie możliwości, ponieważ chwilę po nas zajechały na parking autobusy wypełnione turystami z każdego zakątka świata, głównie Indii oraz Chin. Zrobiło się zbyt tłoczno. W okolicy znaleźć można więcej planów, na których nagrywano sceny serialu, głownie do odcinka „Pocałowana przez ogień”  z trzeciej serii.  Na przykład obozowisko Dzikich zagrały brzegi Mývatn (Jeziora Komarzego) i nasze muzyczne Dimmuborgir.

Resztę dnia zajął nam spacer na niemal pięćsetmetrowej wysokości stożek wulkanu Hverfjall wraz z obejściem dookoła jego krateru o stumetrowej średnicy oraz do wypełnionego jeziorem krateru Krafli, która przez dziewięć lat pomiędzy rokiem 1975 i 1984 była sceną wydarzeń nazywanych później Ogniami Krafli.

Kolejny obszar geotermalny nie powinien już robić na nas wielkiego wrażenia, jednak widok dymów i bulgoczącej mazi na tle pomarańczowych stoków Námaskarð i krystalicznie błękitnego nieba znów nas poraziły.

Na koniec przy południowym brzegu jeziora w końcu spotykamy owce, których żyje w tym kraju dwukrotnie więcej niż ludzi. Spotkanie odbyło się przy okazji spaceru po psedudokraterach Skútustaðagígar. Prefiks pseudo– wziął się z faktu, że nie są tworzone w trakcie wypływu magmy choć stopione skały miały przynajmniej pośredni udział w ich powstawaniu. Lawa przepływając pod jeziorem wchodziła w kontakt z wodą i wytwarzała parę wodną i wybuchowe gazy, których gorące pęcherze w końcu podczas eksplozji przebiły powierzchnię i utworzyły stożki wraz z lejami łudząco przypominającymi prawdziwe kratery. Jedyną różnicą jest brak połączenia z magmą, dlatego w literaturze anglojęzycznej obrazowo nazywane bywają „stożkami bez korzenia”. Nie mniej ciekawe jest miejsce nazywane Höfði. Las nie jest to na pewno, może park, taki w stylu angielskim. Na tubylcach pewnie robi wrażenie, nas przyciągnęły tu kamienne słupy wystające z jeziora, również produkt wulkanizmu i kolejne miejsce, w jakim rozgrywają się sceny z udziałem Jona Snow i Wolnych Ludzi.

Obiad zjedzony w liczącym trzystu mieszkańców Reykjahlíð umilało nam swojskie kurwowanie dobiegające z okolicznych dachów. Dalecy byliśmy jednak od oburzenia, bo gdyby to nam przyszło napierdalać sobie młotkiem po własnych paluchach gdzieś pomiędzy tymi wszystkich krokwiami, jętkami, zastrzałami czy wiatrownicami, nawet za pół miliona koron miesięcznie, nawet w dzień tak słoneczny jak ten, to również bylibyśmy dalecy od powściągliwości. Kto wie, czy nasze wiąchy nie byłyby przy tym jeszcze barwniejsze od układanych przez zasłyszanych cieśli? Wykazaliśmy się więc empatią i pełnym zrozumieniem dla robotniczej niedoli, zupełnie tak, jak dwa dni wcześniej na parkingu przed jednym z akurejskich sklepów, kiedy opuszczając Jimniego na dźwięk polszczyzny bodajże po raz pierwszy użyliśmy jego centralnego zamka.

DSC_5906_7_8_fused

Droga 864 była naszym ostatnim długim odcinkiem szutru, a interioru ciągle nam było mało. Tęsknie spoglądaliśmy więc na mapie na Askję z gorącym jeziorem o zachęcającej nazwie Piekło (Viti) i prowadzącą do niej stukilometrową F88. Droga była ciągle otwarta jednak na przejazd nią w tę i z powrotem przeznaczyć musielibyśmy cały dzień, w dodatku dzień wedle prognoz w prawie całym kraju deszczowy, wietrzny i zimny. Tymczasem na odcinku południowego wybrzeża, pomiędzy Selfoss, a Vík í Mýrdal zapowiadane były noce zupełnie bezchmurne. Długo się nie wahaliśmy, pozostało jedynie zdecydować, czy jedziemy na wschód czy zachód?

I z powrotem

DSC_6342DSC_6348_49_50_fused

Wybraliśmy stronę zachodzącego słońca. Dotarliśmy na pole namiotowe położone na skraju trzystahektarowej świerczyny Vaglaskógur. Trzykroć bardziej rozległej od poznańskiej Cytadeli i jednocześnie trzykrotnie mniejszej od przeciętnego polskiego leśnictwa, odrobinę tylko większej od Lasku Marcelińskiego, a jednak imponującej, jak na bezleśną wyspie. Dzień był tak pełen atrakcji, że emocje jeszcze nie opadły i czujemy, że sen szybko nas nie zmorzy. Skoro tak, a w perspektywie mamy niemal sześćset kilometrów jazdy w pogoni za czystym niebem, postanawiamy porzucić drugą co do wielkości islandzką knieję i uszczknąć jeszcze chociaż czterdzieści kilometrów dojeżdżając na zdecydowanie bardziej komfortowy kemping w Akureyri. Jadąc ze wschodu trzeba objechać fiord, skąd po zmierzchu można podziwiać rozświetloną i przeglądającą się w zwierciadle panoramę miasta. Światłami oznaczony jest również ośrodek narciarski  na Hlíðarfjall. Widok tak nas urzekł, że pomyśleliśmy o spoglądaniu na miasto sprzed namiotu właśnie stamtąd. Na górze było jednak takie wygwizdajewo, że obawialibyśmy czynie poszybujemy niesieni wiatrem nad fiord wraz z namiotem.

DSC_6353

Reklamy

Jeden komentarz Dodaj własny

  1. Niesamowite !!! Zdjęcia są tak piękne , że aż trudno uwierzyć w ich rzeczywistość .
    !

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.