Biwak pod zielonym niebem

dnia

Dostęp do lustra na wygodnym kempingu zaowocował powstaniem dylematu, czy pysk jest taki ogorzały, czy też od gorzały? Ustaliliśmy, że to jednak efekt działania wiatru i niskich temperatur. Obu zjawisk miało nam w rozpoczynającym się dniu nie brakować, wręcz przeciwnie, tym bardziej, że dołączył do nich deszcz momentami padający poziomo. Już po kilku chwilach przekonaliśmy się, że poprzedniego wieczora podjęliśmy słuszną decyzję, ponieważ jazda w takich warunkach do Askji musiałaby być się męką, a na wysokości 1000 m n.p.m. nad jeziorem Öskjuvatn zajmującym krater nic poza chmurami i tak byśmy nie zobaczyli. Wkrótce okazało się, że mordęgą jest nawet podróż z wiatrem po najlepszej drodze Islandii. Michał wiedział, co mówi odradzając jazdę tą drogą podczas złej pogody w przeciwnym kierunku, z Rejkiawiku do Akureyri.

Po drodze mieliśmy upatrzony tylko jeden przystanek, a o dalszych decydować planowaliśmy w miarę pokonywania trasy. Hvítserkur, dosłownie Biała koszula jest nekiem, czyli magmą niegdyś wypełniającą komin dawnego wulkanu. Ostatni ocalały fragment niechybnie podzieliłby losy reszty krateru i został pochłonięty przez fale gdyby jakiś czas temu nie został wsparty i wzmocniony betonem. Islandzka nazwa wzięła się od guano pokrywającego skałę, a legenda mówi, że jest to skamieniałe truchło pewnego trolla mieszkającego wcześniej w Strandir we Fiordach Zachodnich, który zapamiętały w gniewie nie zdążył schronić się przed świtem. Musiał być to osobnik o odmiennym guście od Bergþóra, bo nie potrafił znieść tonów wybijanych przez kościelne dzwony. Promienie słoneczne zastały go pędzonego wściekłością w drodze do Þingeyraklausturskirkja, gdzie zamierzał zrobić porządek z przyczyną nienawistnego hałasu. Swoją drogą, kościół jest ponoć jednym z piękniejszych na Islandii. Ale wracamy do Hvítserkur. Odwiedzający opisują kształt tego twardzielca jako pijącego wodę słonia, smoka lub dinozaura ale najbardziej popularna interpretacja nawiązuje do nosorożca. Zastaliśmy go stojącego w morzu mniej więcej po kolana ale w czasie odpływu można dotrzeć do tej piętnastometrowej skały suchą stopą.

W międzyczasie nastało południe i zaczęliśmy się rozglądać za czymkolwiek, co osłoniłoby nas podczas popasu przed iście listopadowym syfem lecącym z nieba. Niestety, mijane stacje benzynowe stanowiły smagane wiatrem samotne pompy paliwowe pozbawione jakiegokolwiek zaplecza, a my z wytęsknieniem wypatrywaliśmy jakiejś wiaty. Bezskutecznie, znaleźliśmy jedynie ławkę. Co było robić? Ustawiliśmy kuchenkę skrytą za oponą autka i po jakimś czasie doczekaliśmy się wrzątku. Na pogodne według prognoz południe zostało nam z okładem trzysta kilometrów i według wskazań nawigacji ponad pięć godzin jazdy.  Ale wątpliwości co do tego, czy uda się utrzymać jazdę ze średnią prędkością sześćdziesięciu kilometrów na godzinę pojawiły się w czasie przejazdu brzegiem Baraniego Fiordu (Hrútafjörður), gdy zachodni wiatr postanowił zepchnąć nas z drogi. Łukasz walczył dzielnie i ostatecznie się nie dał się pokonać żywiołowi. W takich warunkach odpuściliśmy zwiedzanie i brnęliśmy prosto do celu, tam, gdzie na mapie pogody widać było jedyny marker oznaczający czyste niebo czyli fragment wybrzeża pomiędzy Selfoss, a Vík í Mýrdal, u podnóża Eyjafjallajökull, lodowca z wulkanem, tym samym, który tak narozrabiał w ruchu lotniczym podczas erupcji w 2010 roku.

Południowe wybrzeże

Południa Islandii nie mieliśmy w ogóle w planach, padło więc pytanie, co możemy tam zobaczyć, a wcześniej, gdzie się zatrzymać na noc bo cywilizowane otoczenie drogi nr 1 oznaczało wszechobecne płoty, a to zupełnie inne okoliczności niż bezludny interior. I wtedy, w samą porę przypomniały się zdjęcia rozbitej Dakoty leżącej gdzieś na plaży, gdzieś na południu, gdzieś w okolicy, w stronę której zmierzaliśmy. Po chwili wujaszek G. pokazał miejsce, szczęśliwie zbieżne z pozbawionym chmurki znaczkiem. Pozostało zatem sprawdzić, czy na żwirowisku Sólheimasandur, możliwie blisko miejsca katastrofy da się przenocować? Około 17:00, a więc wcześniej niż to sugerowała nawigacja ale już po ciemku przejeżdżając przez most po lewej zauważyliśmy jakąś dziwną konstrukcję. A co to? Wielka oświetlona rura sterczy wycelowana w niebo czy co? Może warto sprawdzić? A nuż w pobliżu będzie sklep albo chociaż kran z pitną wodą? Chwilę wcześniej dotarło do nas, już spory kawałek za Selfoss, że zużyliśmy cały jej zapas. „Rura” okazała się urokliwym wodospadem spadającym z sześćdziesięciu pięciu metrów, wodospadem uważanym za jeden z najpiękniejszych na wyspie. U podstawy jego progu znajduje się szeroka wnęka, dzięki czemu możliwe jest wejście  za słup wody.  A my wzięliśmy to cudo za jakiegoś bliżej nieokreślonego ajzola.

DSC_6411.jpg

Gdy niespiesznie podziwialiśmy iluminowany wodospad oraz Wielki Wóz widziany przez nas po raz pierwszy na Islandii, podszedł do nas Amerykanin obładowany fotograficznym sprzętem. Zagadnął o coś zupełnie nieistotnego i po chwili poprosił żeby zerknąć w kierunku wskazanym gestem ręki dzierżącej statyw:

– A to widzicie?
– Taaa, yyy, eee, a co to jest? Łuna jakiejś miejscowości tam dalej?
– Nie wiem, jestem tu po raz pierwszy ale wydaje mi się, że to jest zielone i chyba się rusza. Co o tym sądzicie?

Po chwili niewyraźna poświata rozbłysnęła na całego zmieniając barwę dotychczas cimnogranatowego firmamentu z na kompletnie zielony. Stało się! Zobaczyliśmy upragnioną zorzę! Spektakl rozgrywający się ponad Seljalandsfoss zauroczył nas całkowicie i długo nie mogliśmy oderwać od niego oczu. Aż przyszła myśl, że równie pięknie, jeśli nie piękniej może to wyglądać w miejscu, w którym leży srebrzysty wrak DC-3. Nie zastanawiając się długo popędziliśmy do oddalonego o czterdzieści kilometrów zjazdu z jedynki na czarne piaski. Na miejscu przywitała nas niegościnna brama. Niegościnna, bo przegrodzona łańcuchem i tabliczką informującą o zakazie wjazdu. Do wraku pozostało jakieś dwa i pół kilometra piechotą. Nie był to dystans nie do pokonania ale chmury spowijające niebo i padająca mżawka zniechęciły nas skutecznie. Wróciliśmy więc na sąsiadujący z wodospadem całkiem przyzwoity kemping z odrobinę zbyt podmokłym polem namiotowym.

Jako rekompensatę poczytaliśmy sobie chroniący przed podmuchami wietrzyska gęsty żywopłot i dwugodzinną możliwość oglądania roztańczonych na nieboskłonie świateł północy. Krótko po północy zgasły, a my szczęśliwi, w poczuciu zrealizowania 100% naszego islandzkiego planu zakopaliśmy się w śpiworach.

Już o szóstej rano jako pierwsi tego dnia dotarliśmy do rozbitej niemal przed półwieczem maszyny.

Krajobraz sprawia, że wrak wygląda jakby nie był to samolot leżący gdzieś plaży ale lądownik roztrzaskany o powierzchnię Księżyca. Po strzeleniu kilku obowiązkowych fot zabraliśmy się za przyrządzenie śniadania i był to dla nas najbardziej wykwintny i najsmaczniejszy posiłek zjedzony w czasie wyprawy.

Potem zjawili się turyści. Było ich całkiem sporo, zwłaszcza w porównaniu z naszymi doświadczeniami z poprzednich dni. Najpierw przyszli rodacy, którzy podczas swojej ostatniej nocy na Islandii niemal zrealizowali nasz plan. Też zamierzali nocować przy albo we wraku i tak, jak nas, również ich zatrzymał łańcuch. Nieszczęśnicy ci zdecydowali się więc na spanie w samochodzie przy bramie i tym samym kompletnie nieświadomie przegapili widowisko pt. „Aurora borealis” rozgrywające się o pół godziny jazdy od nich. Wiedzeni przypływem jakieś niezrozumiałej sadystycznej skłonności zaproponowaliśmy kawę i pokazanie zrobionych w nocy zdjęć. Potem nadciągnęli Chińczycy. Co ciekawe, wśród nich wyraźnie przeważającą konfiguracją była taka złożona z dojrzałej kobiety wyposażonej w najnowszy model pełnoklatkowej lustrzanki od jednego z czołowych producentów wraz z imponującym zestawem szkieł podróżującej w towarzystwie młodzieńca. Co najbardziej interesujące, to głównie on fotografował ją. Jakiś amatorskim pstrykadełkiem.

Dalej na wschód znajdują się najbardziej chyba znane i najłatwiej dostępne atrakcje Islandii. Tuż przy Vík í Mýrdal jest to bazaltowa Czarna Plaża, a tak naprawdę dwie plaże, Reynisfjara i Vikurffjara, rozdzielone tufową górą Reynisfall. Zaczęliśmy od tej drugiej, gdzie nie spotkaliśmy nikogo, a skały Reynisdrangar uchodzące za dwa skamieniałe trolle ciągnące takiegoż trójmasztowca  prezentowały się tyleż imponująco, co dramatycznie i groźnie.

Z kolei na Reynisfjara wedle wielu relacji trudno o wytchnienie. Raz, że wieje tam niemiłosiernie, a dwa, że oblegana jest przez nieprzebrane tłumy. Faktycznie, ludzi było sporo, ale dało się wytrzymać. Latem na pewno jest ludniej. Ciekawe, jak sobie wtedy amatorzy widoków, bo przecież nie plażowania radzą z parkowaniem? Teraz samochody stały wszędzie, gdzie to możliwe. A kiedy nad lodowcem pojawiła się tęcza widoczna z dojazdowej do plaży drogi, turyści po prostu zatrzymywali się gdzie bądź, choćby i w poprzek drogi, choćby tarasując skrzyżowanie z jedynką, wysiadali i w najlepsze upamiętniali to wydarzenie zdjęciem z pozującymi dziećmi, narzeczoną, babcią oraz wujkiem i Bóg jeden wie, z kim jeszcze. Do dziś pamiętam awanturę urządzoną mi przez kolegę, gdy przystanąłem gdzieś w drodze na Bałkany na poboczu bardzo pobocznej szosy. Fakt, było to tuż przed kulminacją niewielkiego wzniesienia, a i jakiś mikry zakręt tam był. Gdyby znalazł się tu i w tym czasie, to miałby z dwie drużyny futbolowe do rozerwania. Zajrzeliśmy do jaskini Hálsanefshellir, obejrzeliśmy bazaltowe słupy i skały o kształcie poruszającym wyobraźnię. Wszystko to na jednej plaży. Ciekawe, czy tak licznych turystów przyciągają na nią bardziej te atrakcje, czy częstotliwość, w jakiej pojawia się w klipach muzycznych i filmach? Tak, tak, również w Grze o tron, gdzie Wschodnią Strażnicę. A wiatr? Wiało, a jakże ale czy bardziej niż gdzie indziej, zwłaszcza poprzedniego dnia w czasie przejazdu z północy na południe? Trudno orzec ale nie mogę powiedzieć żebyśmy byli rozczarowani. Jak parszywie pogoda potrafi się prezentować przekonaliśmy się kilka minut później, na przylądku Dyrhólaey. Czarna Plaża uchodzi za niezwykle niebezpieczną i nietrudno znaleźć doniesienia o zdarzających się tu wypadkach, także śmiertelnych.

DSC_6639.jpg

Na pewno był to – obok temperatury – jeden z powodów, dla których obecność w tym miejscu surfera przygotowującego się do wejścia do morza wzbudzała tak ogromne, wręcz sensacyjne, zainteresowanie.

Nic to w porównaniu z aferą, której świadkami byliśmy u progu lodowca Sólheimajökull. Przyszedł tam Janusz i Karyna ze swymi latoroślami, Dżesiką i Sebixem. Panie odziane w gustowne kozaczki, sukienki i płaszczyki w towarzystwie obutego w śliczne mokasynki herosa poganiającego pacholę ślizgające się po lodzie w adidaskach szybko wzbudziły zainteresowanie wścibskich przewodników prowadzących na lodowiec wycieczki złożone z turystów poprzebieranych za strażaków. Targało to tałatajstwo ze sobą kaski, raki, czekany, powiązało się linami i tylko tarasowało drogę. Pierwsza adresowana do J. grzeczna uwaga o niestosowności ubioru wzbudziła konsternację, spojrzał z nieskrywanym wyrzutem na niepotrafiące się kamuflować i wmieszać w otoczenie towarzyszki i zarządził, że dalej pójdą tylko mężczyźni. Kolejna, już bardziej zdecydowana interwencja wzbudziła żywą reakcję i sprzeciw.

A co ty, babo, będziesz mi tu za dyrdymały opowiadać? Ja nie pójdę? Że buty nie takie? Zwykła hucpa i pospolite naciągactwo! Ty wiesz, gdzie te buty były? Na Kasprowy wjechały, na Giewont weszły. W Tatrach, a to są prawdziwe góry, a nie takie popierdółki. Dziesięć tysięcy koron, trzysta pięćdziesiąt złocisczy za przechadzkę to dobre dla tego azjatyckiego, zglajszachtowanego towarzystwa wyprutego przez komuchów z osobowości, a nie dla dumnego spadkobiercy piastowego szczepu spod Pcimia! Ty wiesz ile tu jest? Dwieście metrów nad poziomem morza. Toż u nas ośle łączki wyższe są! Tysiącletni lód, szczeliny! Phi! Brudny śnieg i tyle. Idziemy stąd, psiakrew!

DSC_6772_3_4_tonemapped.jpg

Przy okazji, na Islandii za głupotę uchodzi kupowanie niegazowanej, butelkowanej wody. To nieprawda, że jest w sklepach niedostępna. Ale prawdą jest, że to woda ta sama, która płynie z któregokolwiek kranu. Najczystsza na świecie, woda wytoczona z lodowców. A kiedy kranu w pobliżu nie ma, lód można rozpuścić własnoręcznie.

DSC_6822_3_4_tonemapped.jpg

Po zerknięciu na lodowiec przyszedł czas na kolejny sławą owiany, tym razem zaskakujący swą nazwą wodospad Leśny (Skógafoss) i powtórną wizytę przy Seljalandsfoss tym razem w świetle dziennym. Słynie z rozmiarów, urody podkreślonej niemal zawsze przez tęczę, legendy o skarbie zakopanym pod nim przez Wikingów i oczywiście z częstych wizyt ekip filmowych. I tu niespodzianka, dotąd nie grał w Grze o tron.

Bardzo lubię wodospady i bardzo chętnie je odwiedzałem. Nawet przy tych widzianych po wielokroć Szklarkach, Kamieńczykach, Wilczkach czy Wodogrzmotach zawsze chętnie przystawałem, choćby i trzeba było znów kupować bilet. Ale chyba przestanę. Islandia to prawdziwa klęska urodzaju pod tym względem. Początkowo dziwiliśmy się widząc jedną czy drugą urokliwą siklawę. Dlaczego nie ma tu parkingu, tabliczki z nazwą i w ogóle nikogo tu nie ma? Nikt nie ogląda, nie strzela selfie, nikt nawet nie zaszczyci spojrzeniem, a na mapie zabrakło znaku, o nazwie nie wspominając. Po tygodniowej objazdówce domyśliliśmy się dlaczego tak jest. Gdyby zechciano tego dokonać, do końca świata potomkowie Wikingów nie robiliby niczego innego, a owce by najprawdopodobniej powyzdychały pozbawione opieki. Zwyczajnie się nie da lub – z poznańska – nie idzie tego zrobić.

Zielona noc

Skoro już zaliczyliśmy tak wiele z najbardziej popularnych miejscówek, to do kompletu brakowało nam jedynie Þingvellir, narodowego skarbu Islandczyków. Będzie jak znalazł na poranek ostatniego dnia, przed odlotem do kraju. Może starczy jeszcze czasu żeby zatrzymać się w stolicy i zaopatrzyć w jakieś upominki, wszak wybierając się z Þingvellir do Keflaviku stolicy nie sposób ominąć. Na miejscu jest kemping, pozostało tylko dojechać na miejsce, jakieś sto kilometrów. I wtedy dotarło do nas, że przecież ciągle nie zrealizowaliśmy jednego punktu programu. Kąpieli w wulkanicznych termach. Plan zakładał wybachanie się w Hveravellir ale pokrzyżowało go spektakularne przybycie Niemców. Na wizytę w Błękitnej Lagunie chyba jest już za późno, a jutro może czasu nie starczyć. Poza tym, to takie oklepane miejsce. I znów z pomocą przyszedł Internet proponując Parująca Dolinę (Reykjadalur) z jej gorącymi źródłami, błotami, a nawet rzeką. Wszystko to w pobliżu miasteczka Hveragerði, o które i tak będziemy musieli zahaczyć w drodze do świętej Doliny Parlamentu.

Na parkingu zastaliśmy kilkadziesiąt zaparkowanych samochodów i drogowskaz mówiący o trzykilometrowym podejściu do kąpieliska. To w sumie niewiele ale zapadł już zmrok, zrobiło się zimno, dystans na górskim szlaku oznacza jakąś godzinę podejścia, a to z kolei, że na kempingu znajdziemy się około północy, w dodatku samochody zwiastują baseny pełne tłuszczy i brak wolnego miejsca… No dobra, wymyślałem preteksty, bo nie chciało mi się już łazić. Ale mój towarzysz nie dał się zwieść i po krótkim marudzeniu i poszliśmy. Kiedy tylko wyruszyliśmy okazało się, że do parkingu zaczynają docierać pierwsi powracający amatorzy plusków. Okazało się, że wyszliśmy naprzeciw prawdziwemu pochodowi, a niemal wszyscy amatorzy kąpieli musieli równo z zachodem słońca opuścić dolinę i na miejscu tłoku na pewno nie będzie. Nie zdążyliśmy się nawet wdrapać na najwyższe miejsce trawersu góry Dalafell znajdującego się około dwustu metrów wyżej od parkingu, gdy znów ponad głowami rozbłysło nam kolorami. Tym razem nie tylko zielonym, pojawiły się również odcienie fioletu.

I tak zostało. Trochę mniej lub trochę bardziej świeciło w czasie naszego podejścia, kąpieli, powrotu, rozbijania namiotu, aż do czwartej nad ranem, kiedy  zmęczenie wzięło górę i poddaliśmy się zmęczeniu. Zaznaliśmy więc na Islandii najprawdziwszej zielonej nocy.

Co prawda w ciemnościach uroków doliny nie mogliśmy dostrzec, ominął nas choćby wąwóz Djúpagil z jego kaskadami ale tym samym, chyba w ramach rekompensaty,  oszczędzono nam widoku gór śmieci walających się po dolinie. W świetle latarek migało całe mrowie butelek, jednorazowych śmieci i części garderoby. Większość odzieży stanowiła bielizna choć nie były to wyłącznie stroje kąpielowe. Bez wątpienia udałoby się nad rzeką nam odziać od stóp do głów. W świetle dnia z pewnością widok ten byłyby jeszcze bardziej przykry.

Dużo później niż zakładaliśmy dotarliśmy na kemping już zupełnie uśpiony pomimo, że na niebie ciągle tańcowała zielona łuna. Połowa z nas zajęła się noclegiem, a mi przypadła kuchnia. Wtem zjawił się on. Anglik. Najpierw nie mógł dostać się do toalety. Trafiał ciągle do tych samych drzwi, zagradzających drogę do jakiegoś składziku chociaż budynek okrążył już kilkukrotnie. Po chwili pięknie podziękował za wskazanie tych właściwych, wyraził przy tym zdziwienie tym, że wcześniej ich… nie było i pojawiły się dopiero po moim przyjściu, pożegnał się i poszedł. Zmierzając gdzieś w ciemność w pewnym momencie zamarł w pół kroku, tak postał i wrócił.

– A ty co tu robisz, tak w ogóle?
– Herbatę i kolację.
– Jak to herbatę? A po co?

Pytań było dużo więcej i stawały się coraz bardziej absurdalne mimo, że dotyczyły z grubsza ciągle tego samego. Powodu i celu parzenia herbaty zaś uzyskane odpowiedzi nie zadowalały go ani trochę. Wyraźnie temat jegomościa poruszył dogłębnie, w przeciwieństwie do szalejącej na niebie gry świateł. Postał, popatrzył, podumał i odszedł prychając. Drugie odejście okazało się skuteczne.

A temperatura ciągle spadała. Wytrzymaliśmy niemal do czwartej, a zorza nie gasła. Zapatrzeni w niebo trzęśliśmy się z chłodu i chyba ze zmęczenia jak osiki ale  niemożliwością wydawało się oderwać oczy od widowiska. Na wytarganie z bagażnika statywu i aparatu i robinie zdjęć sił mi już nie starczyło. Muszą wystarczyć te zrobione na Reykjavegur.

Rano namiot pokrywała gruba warstwa szronu. Za to dzień wstawał najbardziej słoneczny ze wszystkich wcześniejszych. Obeszliśmy Þingvellir, najważniejsze miejsce dla Islandczyków zachwyceni pełnym słońcem. Jest tam wiele interesujących obiektów dla każdego, i dla miłośnika historii, geografii, krajobrazu, a nawet kinematografii. Można na przykład znaleźć kilka miejsc uwiecznionych w wspominanym już wielokrotnie serialu.

W Rejkiawiku odwiedziliśmy w tempie kilka miejsc widzianych w nocy zaraz po przylocie. Po to tylko żeby wyrobić sobie porównanie, na koniec zajrzeliśmy do Harpy i zaliczyliśmy krotką przebieżkę po sklepach. Wcześniej podczas każdej wizyty w jakimkolwiek spożywczaku rozglądaliśmy się za hákarlem, rekinim mięsem nie tyle zgniłym, jak wieść niesie, co sfermentowanym. Jak kiszona kapusta, ogórki, grzyby albo… śledzie. Lub słonina. Kto nie słyszał o sało, żytnim chlebie i samogonie? Hákarl spożywa się podobnie z tą różnicą, że zamiast bimbru popija się go kminkówką (brennivín). Choć miał być dostępny powszechnie, to nigdzie go nie znaleźliśmy. Spróbowaliśmy jeszcze raz, w Rejkiawiku i znów to samo. W końcu odważyliśmy się zapytać o rarytas ekspedientkę. Jasne, że był. Mrożony, a więc w zamrażarce. Tam nie zaglądaliśmy. Nijak by się tego zawieźć w tej formie do kraju nie udało, a na rozmrożenie i spróbowaniem przed wylotem też nie było już szans. Trudno, obeszliśmy się smakiem. Czy raczej zapachem?

Wyprawę zakończyliśmy oczywiście na lotnisku ale zanim tam dotarliśmy zajrzeliśmy jeszcze na przylądek Garður.

A tak wyglądała nasza cała, tygodniowa i licząca około dwóch tysięcy dwieście kilometrów trasa po Islandii:

Reklamy

Jeden komentarz Dodaj własny

  1. :-)Super wyprawa . Zazdroszczę

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.