Znów nie Lwów

dnia

Drugi raz w tym roku, podobnie jak w przypadku Astany,  testowaliśmy nowe połączenie lotnicze. Do Pekinu też polecieliśmy nowo uruchomioną trasą. W nowym roku narodowy przewoźnik zaczął latać do Kazachstanu, a najstarszy istniejący port lotniczy w Polsce dorobił się połączenia do stolicy Ukrainy. Żal nie skorzystać. Chociaż nie wynagrodzi to nijak nieodżałowanych, a dawno skasowanych lotów z Ławicy do Bergamo. Te mają wrócić od wiosny ale w tak fatalnych godzinach, że równie dobrze, jeśli nie lepiej, byłoby gdyby zostały na dnie szuflady ze wspomnieniami.

Niezmiennie ciągnie nas na восток więc korzystając z okazji, że Stanisław bawił nad Sekwaną, my znów wybraliśmy Dniepr. Sekwana Sekwaną, ale prawdziwym celem latorośli były grody nad Nançon i sławną ze swego labilnego usposobienia Couesnon. Rzeka w swym szaleństwie sprawiła wedle powiedzenia, że najbardziej znany nieparyski zabytek Francji i zarazem cud Bretanii, Wzgórze św. Michała znalazło się w Normandii. Przy okazji, Fougères jest kolejnym dowodem na to, jak sceptycznie należy podchodzić do sloganów o wszelkich „naj” mających przyciągnąć turystów. Dumą miasteczka jest zamek, nie byle jaki, bo jak mawiają tamtejsi mieszkańcy, jest to „największy średniowieczny zamek (albo forteca) Europy”. Na oficjalnej stronie słowo „największy” zastąpiono bezpieczną frazą „jeden z największych” ale cóż z tego? Tak czy siak opowiadanie podobnych bałamutni gościom z kraju, w granicach którego znajduje się Malbork jest grubą przesadą.

Wystarczy już pastwienia się nad Francuzami, nie oni jedni popłynęli z przypisywaniem sobie przeróżnych osiągnięć. I chociaż takie zagrania trochę śmieszą i trochę dziwią, bo z łatwością się je demaskuje, to ciągle przeróżne instytucje, organizacje i osoby je stosują. Zapewne chcą sobie dodać w ten sposób prestiżu, a przynajmniej atrakcyjności i nic nie robią sobie z tego, że efekt jest zupełnie odwrotny. Może chodzi o to, żeby nieważne jak, byle mówili? Weźmy Chiny, gdzie przeróżnych  i – co najważniejsze – autentycznych – rekordów liczonych w kopach przecież nie brakuje. Całkiem niedawno sieć okrążyła wiadomość jakoby w „naszym” Chongqing zbudowano stację metra położoną w sercu dżungli.

C_4aed9UMAAH1qo
Źródło: www.163.com

Zupełnie jak w Radiu Erewań, ani dżungli tam nie ma, ani stacja nie stoi w lesie, zaś foty skadrowano tak, aby pasowały do tezy. W rzeczywistości spory odcinek linii nr 6, tej samej, po której tak ochoczo oprowadzali nas ochroniarze, przebiega przez teren dotąd niezagospodarowany, a sama stacja Caojiawan znajduje się w nie w środku lasu lecz budowanego osiedla, dla którego wybudowano już również węzeł na drodze ekspresowej, co pięknie widać na mapach Baidu (odpowiednik Google Maps). Ciekawe jest to, że  to nieznane na Zachodzie miasto w końcu przebija się do mediów i chyba upada mit „ukrytej stolicy”. Może to za sprawą gospodarki wielkości Tajlandii? Bo nawet jeśli nie jest i nigdy nie będzie największym miastem świata, co nie tak łatwo zweryfikować, to akurat dziennikarskie kaczki w rodzaju najszybszego metra z najgłębiej położonymi stacjami na świecie żyją zaledwie kilka minut. Sam tytuł najgłębszej  stacji na świecie od lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku nieodmiennie dzierży stacja Arsenalna. Stacja kijowskiego metra. Świetnie nadaje się na przesiadkę z metra na autobus w drodze z centrum do Pieczerskiej Ławry.

zdj511
Pomarańczowa Rewolucja

Ławrę znamy, bowiem Kijów już odwiedzaliśmy ale były to krótkie –  żeby nie powiedzieć przelotne – wizyty. Jak choćby ta zimą 2004 roku, w trakcie powrotu z misji obserwacyjnej w trakcie powtórzonej tury wyborów prezydenckich, kiedy to wywiało nas do Donbasu. Na cztery dni przed sylwestrową nocą karnawał trwał tu wtedy już na dobre, a ja z tamtego wieczora najlepiej zapamiętałem nietęgie miny OUN-owców pozujących do zdjęć pod łopoczącą nad ich głowami biało-czerwoną.

Tym razem na wałęsanie się po mieście mieliśmy  trzy dni. Dokładnie w czwartą rocznicę naszego ślubu! A jednocześnie 258. unii hadziackiej. Ponieważ znamy się  już jakiś czas, to z całą pewnością, szczęśliwie dla nas możemy stwierdzić, że losy obu mariaży potoczyły się zupełnie inaczej. Jeśli zaś wyjątkowo paskudną poznańską aurę roku we wrześniu roku 2017 można porównać do tej panującej dokładnie rok wcześniej na arktycznej wyspie, to w Kijowie zastaliśmy temperatury podobne raczej do lipcowych środkowoazjatyckich z trzydziestoma gradusami w cieniu.

DSC_0434_5_6

Rocznica z historii I Rzeczpospolitej podsunęła pomysł na sposób spędzenia czasu. Naturalnie, że dysponując nawet przedłużonym weekendem w trzymilionowym mieście szczycącym się piętnastoma wiekami historii zobaczyć wszystkiego nie sposób. Jeden z pomysłów zakładał wędrowanie śladami „Białej Gwardii” Bułhakowa ale z kart powieści sypie śniegiem, dmucha wichrem i skrzypi mrozem, podczas gdy nam doskwierał raczej skwar.  Po trosze za sprawą nieskonsumowanej unii zdecydowaliśmy się na spacery po polskich śladach, których ciągle w mieście jest sporo. Przy czym, żadni z nas Kresowiacy. Zadziałał przypadek, bo data to jedno ale złożyło się i tak, że zatrzymaliśmy  się tuż obok Złotej Bramy, a obok wejścia do naszego hoteliku na niegdysiejszym polskim gimnazjum wisi tablica poświęcona Korczakowi.

W samym hoteliku też przytrafiło nam się wspomnienie Polski. Polski, nie Polaków ale jednak. Rano, podczas raczenia się kawą mimochodem zasłyszeliśmy rozmowę zmieniających się recepcjonistek. O czym? Wiadomo, o pogodzie, o rodzinie, o znajomych…

„On już z Polski nie wróci. Ma tam pracę, co miesiąc wypłata, wszystko legalnie. Stać go na utrzymanie mieszkania, a nawet samochodu. To po co tu wracać?”

[Group 0]-DSC_0437_8_9_DSC_0446_7_8-4 images

Postanowiwszy śniadania poszukać w trasie poprzestaliśmy na kawie i ruszyliśmy na ulice i place matki grodów ruskich. Już po pobieżnym zerknięciu na mapę jasne okazało się, że taka wycieczka niejako mimochodem zahacza i tak o najważniejsze dla Kijowa miejsca. Bo bez wizyty w Soborze Sofijskim, Monastyrze św. Michała Archanioła o Złotych Kopułach czy Pieczerskiej Ławrze o zwiedzaniu Kijowa mowy być nie może. Nazwa tego drugiego wydaje się przydługa, a nawet rozwleczona, ukraińska jest zdecydowanie bardziej ekonomiczna, a przy tym ładniejsza: Михайлівський золотоверхий монастир.

Po drodze można się porozkoszować znajomymi smakami: sało, barszczu, wareników… A i bez zaskoczeń się nie obyło. Bo co prawda lokali z wyszynkiem, czy choćby piwnych ogródków nie brakuje, to gdzieś się zapodziały wszystkie te kioski, stragany i budy, a z nimi całodobowa wszechdostępność wyskokowych trunków. Na Ukrainie! Dla wielu oznaczać to będzie znaczące obniżenie atrakcyjności wyjazdu do kraju południowo-wschodnich sąsiadów. Szczerze mówiąc i my poczuliśmy się jakoś nieswojo. Dwadzieścia lat powrotów po pierwszej wizycie we Lwowie w 1997 roku i kilkanaście wyjazdów na Ukrainę zaowocowało pewnymi przyzwyczajeniami. Kiedy około jedenastej wieczorem wracaliśmy wzdłuż Chreszczatyka bezskutecznie rozglądając się za sklepem, w którym można by było zaopatrzyć się w butelkę wina tak długo, aż z pustymi rękoma stanęliśmy przed wejściem naszego hotelu, wtedy zgodnie uznaliśmy, że Ukraina, cokolwiek by o niej nie mówić, doznała głębokiej i wiekopomnej przemiany. Chyba, że działa to tylko w stolicy, a może tylko w centrum? W końcu nawet w Czarnobylu bez większych trudów można restrykcyjne przepisy obejść. Ukraińscy znajomi być może nie byliby zadowoleni z tego porównania ale poczułem się dokładnie tak, jak kilka lat wcześniej w Moskwie. Tam zaskoczenie faktem, że – jakby była to jakaś Norwegia – obowiązuje zakaz nocnej sprzedaży alkoholu pomieszane było z uczuciem niedowierzania, a nawet żalu i było tak dogłębne, że w żaden sposób nie udało się go  zaakceptować. Początkowo myśleliśmy, że personel sklepu robi sobie z nas niewybredne żarty ale potem dostrzegliśmy, że stoisko będące celem naszej nocnej wycieczki jest zasłonięte metalową, nieprzeźroczystą żaluzją. Jedno, czy nawet kilka niepowodzeń Polaka zrazić nie mogło, tym bardziej, że wynikało z praw zarządzonych przez nienawistny reżym. Po parunastu minutach w którejś z kolei placówce udało się przekonać urzędującego tam Chińczyka, że jednak powinien sięgnąć pod ladę. Cena nie odbiegała od tej w sprzedaży legalnej. W Kijowie musiało być podobne, lata praktyki musiały wyrobić w narodzie pewne nawyki. Wiadomo, że przyzwyczajenie bywa drugą naturą człowieka, a tej nie uda się przekreślić jednym czy drugim rozporządzeniem. A my chcieliśmy uświetnić nasz skromny jubileusz lampką krymskiego wina. Chociażby z takiego powodu, że nasz pierwszy wspólny urlop spędziliśmy tam właśnie. Oczywiście, zdawaliśmy sobie sprawę, że o wyroby Massandry z oczywistych względów nie będzie teraz łatwo. Pomimo obostrzeń i piętrzących się przeciwności po chwili poświęconej na krótki spacer zaułkami w okolicach ulicy Chmielnickiego zostaliśmy posiadaczami butelki opatrzonej marką Inkerman. To nic, że w butelkach ze znajomą etykietą kryje się teraz, zresztą zgodnie z naszym podejrzeniem, gruzińskie saperavi.

DSC_0812

Nazajutrz wykażemy się większą przezornością i o zaopatrzenie zadbamy zawczasu, co zostanie nam wynagrodzone w dwójnasób. Unikniemy stresu, a konsumpcję umili nam wyraźnie słyszalne zza okna pomimo dystansu jedenastu pięter i łoskotu samochodów pędzących po bruku libretto „Don Carlosa” wystawianego właśnie na deskach Opery Narodowej. I tylko świetlno-muzyczna fontanna nie będzie chciała złapać rytmu. Być może nad Verdiego ceni bardziej rozpostartego na pomniku Łysenkę i pląsać woli do taktów Czornomorci?

Wracając do poloników, nasz szlak wiódł pomiędzy dziełami Horodeckiego, architekta nazywanego „kijowskim Gaudim”, może odrobinę na wyrost. I tu spotkało nas zdziwienie jeśli nie rozczarowanie.  Mieliśmy przewodnik, polski, wydany przez ulubioną polską oficynę, napisany przez Polaka, historyka i wedle notki specjalistę od wzajemnego oddziaływania polskiej kultury i Wschodu”. Teoretycznie lepiej trafić nie mogliśmy. Oczywiście, Horodecki jest wspomniany ale jakby mimochodem i nie znaleźliśmy na wertowanych stronach choćby wzmianki o jego narodowości. Owszem, Ukraińcy czasem twierdzą, że wcale nie był Lachem lecz ich rodakiem, co najwyżej polskiego pochodzenia. Ale to chyba nie powód żeby kwestię tę zupełnie pomijać? Nie wspominałbym o tym zgrzycie, gdyby nie kolejne. Otóż w dziele tym wyczytaliśmy również, że co prawda w XIX wieku do Kijowa zjechało sporo polskich naukowców i studentów jednak całe stulecie spuentowane zostało zdaniem jakoby:

„Kolonia polska, choć mało liczna (…) była wyrazistą mniejszością.”

W opisie XX wieku Polacy wspomniani zostali tylko raz, przy okazji wyprawy kijowskiej 1920 roku, który służy jedynie obnażeniu rzekomej polskiej fiksacji na punkcie nic tak naprawdę nieznaczącej wyprawy Chrobrego. Ale o polskich mieszkańcach miasta próżno szukać choćby słowa. Jest co prawda rozdzialik o polskim obrazie Kijowa ale skupia się w zasadzie jedynie na micie Szczerbca i mieście widzianym oczyma polskiego turysty, niekoniecznie współczesnego. Kartkowałem to dziełko i nadziwić się nie mogłem… A przecież nawet w ukraińskich opracowaniach przedstawiony jest zupełnie inny obraz miasta, dawnych polskich jego mieszkańców i – co najważniejsze – ich wpływu na nie.  Mieliśmy pierwsze wydanie z 2005 roku, po czterech latach wyszło jeszcze jedno, a autorowi dołożono współpracownika, może po to by przewodnik uratował? Wygląda na to, że zabieg się nie powiódł, bo wydanie drugie stało się ostatnim. Co do owej mało licznej polskiej kolonii, to wypada dodać, że Polacy w Kijowie na początku XX wieku w liczbie stu tysięcy stanowili czwartą część jego mieszkańców. Skoro 25% ludności jest mniejszością mało liczną, to bardzo jestem ciekaw jaka liczebność pozwala jej stać się znaczącą?

A jeśli to nie kryterium ilościowe przeważa, to jakie? Czy to, że działalność polskich architektów (Horodecki, Ledóchowski) wpłynęła na wizerunek miasta, że jedną z pierwszych księgarń, dom wydawniczy, a z czasem największe wydawnictwo na Rusi prowadził polski księgarz (Idzikowski), że prezydentem miasta był Polak (Zawadzki) też nie ma znaczenia?

DSC_0660_1_2DSC_1045_6_7

„100 лет назад Киев по праву считался одним из самых благоустроенных городов империи. Несомненно, в том есть и немалая заслуга польской общины, чьи представители заслужили доброе слово потомков.”

czyli

100 lat temu Kijów słusznie uznano za jedno z najbardziej komfortowych miast imperium. Niewątpliwie jest w tym znaczna zasługa polskiej społeczności, której przedstawiciele zasługują na dobre słowo potomków.

W polskim przewodniku podobnych zdań nie przeczytacie, za to w ukraińskich i rosyjskich opracowaniach można poznać nie tylko takie opinie ale i to, że nazwa Lackiej Bramy stojącej na Majdanie Niezależności wzięła się niegdyś od sąsiadującej z nią polskiej koloni kupieckiej (Лядська Свобода). Na źródła zbliżone do kresowych przecież się nie będę powoływał by nie ryzykować zarzutu, że jeśli nie kierują się rewizjonerstwem, to przynajmniej resentymentami. Szkoda, że w ocenie autora przewodnika owa polska społeczność nie zasłużyła nawet na dobre słowo potomków, o którym wspomina redaktor portalu Большой Киев.

DSC_0467_8_9.jpg

Architekt Horodecki bywał ponoć u konstruktora Sikorskiego. Tego od helikopterów.  Zajrzeliśmy więc na podwórko, gdzie ostały się pozostałości po jego domu. W latach świetności musiał być piękny, nawet dziś robi imponujące wrażenie, choć to już tylko spora ruina. Korciło żeby wejść i urbeks pozwiedzać ale powodów żeby tego nie robić mieliśmy przynajmniej kilka. Przede wszystkim nie mieliśmy ze sobą żadnych ciuchów na zmianę, a kolejne miejscówki na trasie były przecież bardzo kulturalne i nie uchodziłoby pojawić tam unoranym jak nośpłata syn albo inne nieboskie stworzenie. Nie wzięliśmy też ani jednej latarki. Za to w momencie, w którym zbliżyliśmy się do zapraszającego piwnicznego okienka, właśnie wtedy wychynął z niego lokator pozornie niezamieszkanego domu. Ilu jego kolegów było jeszcze wewnątrz, tego postanowiliśmy nie sprawdzać.  Samego Sikorskiego nikomu przedstawiać chyba nie trzeba? Tak, to ten amerykański konstruktor śmigłowców o rosyjskich korzeniach. Urodził się w Kijowie i tu mieszkał do rewolucji, po czym prysnął za Wielką Wodę. Wielu chciałoby mówić o polskim pochodzeniu konstruktora ale z tym jest problem. Słuszna skądinąd teza o tym, że końcówka -ski wcale nie musi oznaczać polskich korzeni, a tak zakończone nazwiska nosi wcale liczna grupa Rosjan nic nigdy z Polską i Polakami nie mających wspólnego tu się nie sprawdza. Nie w przypadku Sikorskiego, bo tu również rdzeń demaskuje polskie korzenie. Rosjanin z dziada pradziada nazywałby się Синицин względnie Синицев, a Ukrainiec Синиченко, Синичук lub Синичак. Sporo przemawia za tym, że istotnie, był Igor w ćwierci Polakiem, w dodatku jego przodkowie legitymowali się polskim szlachectwem. Nie sposób jednak sprawdzić, czy zgodnie z możliwymi do odnalezienia w sieci opiniami owi przodkowie naprawdę byli polskimi patriotami. W świetle jego własnych wypowiedzi między bajki można włożyć łechtające polską dumę rewelacje w rodzaju

„(…) od zawsze miał wpajane zasady patriotyzmu i oddania sprawie polskiej.”

Wątpliwe jest też jakoby dziad osiadł w Kijowie w roli zesłańca po powstaniu roku 1863. Zarówno on, jak i jego ojciec, a więc pradziad Igora, byli popami prawosławnymi. Ojciec zaś Iwan, znany psychiatra, choć z pewnością ulegał patriotycznym jeśli nie nacjonalistycznym uniesieniom, to na pewno nie polskim ale wielkoruskim i był oddanym zwolennikiem caratu. Możliwe, że Horodecki znał Sikorskiego, możliwe, że bywał u niego ale opowieści o wspólnych lotach w przestworzach ponad Kijowem to zwykłe urban legends. Podobnie zresztą jak bajania o przejażdżkach Horodeckiego własnym automobilem po Chreszczatyku w towarzystwie żyrafy wożonej na tylnej kanapie. Samochód ten był jednym z pierwszych w mieście i nie trzeba było zamieniać go w menażerię by wzbudzić powszechny zachwyt, a przynajmniej przykuć uwagę ówczesnych kijowian. Poszukiwaczom polskich korzeni zawiedzionym postawą prezentowaną przez antenatów pioniera techniki śmigłowcowej na pociechę pozostaje fakt, że syn Igora, również Igor czyli Igor Igorowicz, a na angielską modłę Igor Jr. odwiedzał Polskę, ożenił się z Polką i ma z nią syna, też Igora, tym razem oznaczonego numerem trzecim.

Z domu Sikorskiego blisko już do Soboru Sofijskiego, kijowskiej Hagia Sophii. To miejsce najbardziej zapadło nam w pamięć, urzekło nastrojem i na długo pozostanie pierwszym skojarzeniem z Kijowem. Przynajmniej sakralnym, zupełnie podobnie do lwowskiej katedry ormiańskiej. Mądrość Boża nie jest najstarszą świątynią Kijowa ale niewątpliwie przez długi czas była najważniejszą, a dziś jest chyba najpiękniejszą i można tu zobaczyć najstarsze ruskie freski i mozaiki. Zdecydowanie warto poświęcić na to kilka hrywien. Co ciekawe stosunkowo łatwo znaleźć tu można niewątpliwie polski, a nawet poznański akcent, w dodatku całkiem dobrze wyeksponowany. Nie trzeba nawet czytać cyrylicy żeby się dowiedzieć, że to w Katedrze i Zakładzie Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu przeprowadzono badania identyfikacyjne szczątków spoczywających w sarkofagu Jarosława Mądrego.

Przechadzkę po Padole rozpoczęliśmy od najbardziej malowniczej ulicy miasta: Andriejewskiego Zjazdu z mnóstwem straganiarzy oferujących poza czasem zaskakującym asortymentem przede wszystkim autentyczne kijowskie pamiątki wykonane w Chinach oraz mniej lub bardziej kiczowate obrazy, w tym oczywiście inspirowane Mistrzem i Małgorzatą. Bo to tu można zwiedzić zamieniony na muzeum dom, w którym mieszkał Bułhakow i który znaliśmy z kart Białej Gwardii. Zwiedzić można ale nam się ta sztuka nie powiodła.  Bo nie dość, że tylko z przewodnikiem, tylko o konkretnych porach, to jeszcze trzeba z wyprzedzeniem rezerwować termin.

– A teraz jakaś grupa jest w środku?
– Właśnie skończyli zwiedzanie i wyszli.
– Następna przychodzi za pół godziny. To może byśmy kupili bilet i tylko sobie zerknęli? Nie będziemy długo, najwyżej pięć minut…
– Nie.

DSC_0977_8_9DSC_0986_7_8

Zatoczyliśmy spore kółko i po obejrzeniu najsławniejszego dzieła Horodeckiego, owianego miejskimi legendami Domu z Chimerami postanowiliśmy wrócić na Majdan. Sławny budynek na Lipkach można niestety obejrzeć tylko z pewnej odległości i jednej w zasadzie strony, bo nie dość, że sąsiaduje z budynkiem Administracji Prezydenta, tzw. Bankową, od nazwy ulicy, przy której się znajduje, to stanowi również jedną z jego oficjalnych rezydencji. A naprawdę służy zaledwie za imprezownię, bo to miejsce, w którym organizowane są dyplomatyczne rauty. Tak, czy siak dostępu do ulicy Bankowej strzegą zbrojne hufce i nijak (przynajmniej w weekend) wejść się na nią nie dało.

DSC_0989_90

Jako rekompensatę poczytaliśmy sobie obejrzenie kolejnego urbeksu czyli sporej oficyny przy Luterańskiej, która pozostawiona swojemu losowi niszczeje o dosłownie pięćdziesiąt metrów w linii prostej od siedziby głowy państwa. Trzeba przy tym uważać, gdzie stawia się kroki, bo miejsce to upatrzyli sobie wypoczywający na pobliskim skwerze i parczku przy placu Iwana Franki. Upatrzyli i urządzili latrynę.

[Group 7]-DSC_0675_6_7_DSC_0696_7_8-8 images

DSC_1042_3_4

Wieczorem przebić się przez Chreszczatyk nie było łatwo bowiem kijowianie postanowili właśnie tego dnia obchodzić Dzień Dziękczynienia i pięćsetną rocznicę reformacji. Odrobinę  przedwcześnie ale może w ten sposób powetowali sobie konieczność corocznego zwlekania z Bożym Narodzeniem i Wielkanocą? Ustawili wielką scenę, zebrali się wg oficjalnych statystyk w niemal pół miliona i słuchali koncertów oraz  Nicka Vujicica. Na samym placu już tak tłoczno nie było.

DSC_0754_5_6

A na Alei Bohaterów Niebiańskiej Sotni było zupełnie pusto nie tylko tego wieczora ale również poprzedniego oraz następnego dnia o wcześniejszych porach.Miejsce robi bardzo przygnębiające wrażenie. Nie tylko ze względu na wydarzenia, które przypomina. Nie oczekiwaliśmy lamentujących ani nawet rozmodlonych tłumów ale też nie spodziewaliśmy się, że jedynymi spotkanymi wśród epitafiów osobami będzie wsparta na pozostałościach barykady grupa nastolatków popijających piwo i wino.

Ławrę Pieczerską otaczają parki. Oba, Wiecznej Chwały oraz Krajobrazowy są scenerią dla muzeów i wielu ważnych dla Ukraińców pomników. Nasze nastroje zupełnie jednak nie pasowały tego dnia do Muzeum Wielkiego Głodu, który na Naddnieprzu pochłonął życie przynajmniej co czwartego mieszkańca. Z kolei postsowieckiej tudzież upowskiej narracji w Muzeum Historii Ukrainy w II Wojnie Światowej, dawniej Ukraińskim Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, tzw. WWW (Велика Вітчизняна війна) chyba byśmy nie zdzierżyli, zwłaszcza, że zmierzaliśmy akurat do Bykowni i to pomimo zapewnień, że

„Ekspozycja muzealna nie narzuca zwiedzającym żadnych wniosków.”

Jakoś wierzyć nam się nie chciało. Sprawdzimy innym razem. Pomników jest tu mnóstwo, począwszy od Internacjonalistów czyli żołnierzy niosących bratnią pomoc narodowi Afganistanu przez wspomniany Hołodomór, Nieznanego Żołnierza  po Matkę Ojczyznę z Wiecznym Ogniem, Forsowaniem Dniepru, etc, etc… Park Krajobrazowy, z którego dumnie spogląda za Dniepr Батьківщина-Мати przypomina poznańską Cytadelę. Niegdysiejszy poznański Park-Pomnik Braterstwa Broni i Przyjaźni Polsko-Radzieckiej jest ładniejszy, większy i dzięki dzielnym strażakom pozbawiony Красной звезды z iglicy. Matka-Ojczyzna jest jakieś pięć razy wyższa i po skróceniu o sześć metrów dziś dziewięciotonowego miecza już nie góruje nad krzyżami z kopuł pobliskiej Ławry i miastem. Sprzęt zmniejszono w ramach dekomunizacji, która jednak nie objęła sowieckiego godła o powierzchni przekraczającej 100 m2. Na tym podobieństwa się nie kończą, bo i kijowski park w przeszłości był cytadelą i tu też można znaleźć kawałek polskich dziejów. Po powstaniu styczniowym właśnie w pieczerskiej części twierdzy uwięziono tysiąc dwustu powstańców, z których część rozstrzelano w pobliżu obecnego Stadionu Olimpijskiego, a resztę zesłano na Syberię.

DSC_1201_2_3

Pozostając przy tematyce smutnych polskich losów na Wschodzie wróciliśmy na Arsenalną i po przejechaniu sześciu stacji metra i kilku minutach dalszej jazdy pierwszą lepszą marszrutką na wschód wysiedliśmy przy skrzyżowaniu szosy z  leśnym duktem. Przystanku tutaj nie ma ale wystarczy powiedzieć, że chodzi o Биківнянські могили żeby kierowca się zatrzymał we właściwym miejscu. Cała kilkunastokilometrowa podróż kosztowała nas zaledwie 9₴. Droga między sosnami i słupami z вишитими рушниками i wstążkami w ukraińskich i polskich barwach po paruset metrach bezbłędnie doprowadziła nas do cmentarza w Bykowni.

Zupełnie nas już nie dziwi, że na żaden z tych tematów autor przytarganego do Kijowa przewodnika nie zająknął się nawet słowem. Co prawda Polski Cmentarz Wojenny otwarty został dopiero kilka lat po dacie wydania książeczki ale przecież i w 2005 roku doskonale wiedziano, co się tutaj stało i kto tu jest pochowany. O Kijowskiej Twierdzy nie wspominając. Może jednak trzeba było się nie oglądać na pogodę i pójść śladami Turbinów? Bym sobie zbędnej irytacji oszczędził i zadowolony z bedekera pozostał. Tak, tyle, że nawet u Bułhakowa wystąpił Aleksander Bronisławowicz, któremu

„ze zdenerwowania akcenty we wszystkich wyrazach przewędrowały na przedostatnie sylaby”.

DSC_1213_4_5

Na koniec dotarliśmy na teren niesławnej rezydencji takiegoż Janukowycza w Międzygórzu (Mieżyhiri). Nieobecność tego miejsca w przewodniku jest dla odmiany zupełnie uzasadniona. Posiadłość imponuje rozmachem. Chociaż odrobinę rozczarowujące są zasady, na jakich kompleks został udostępniony do zwiedzania, ceny biletów wydają się jak na Ukrainę wygórowane, to opłata za wstęp do stukilkudziesięciohektarowego kompleksu nikogo nie powinna zrujnować, a na pewno można tu przyjemnie spędzić sporą część dnia. Niemile zaskoczyły nas reguły udostępniania wnętrz. Na stronie nie znaleźliśmy tych informacji i pocałowaliśmy klamkę w Honce, jak nazywa się dom zbiegłego do Rosji byłego prezydenta. Drzwi stały zawarte, a nikt z krzątającego się w okolicy personelu nie chciał nam niczego wyjaśnić. Być może przeoczyliśmy informacje wywieszone w kasie przy bramie i dopiero po dłuższej chwili znaleźliśmy na jednych z drzwi do rezydencji wywieszoną kartkę z numerem telefonu, ceną 200 hrywien za wejście do domu oraz informację o godzinach wpuszczania wycieczek. Po powrocie okazało się, że prawie wszystkie z nich są opublikowane na oficjalnej stronie, również po angielsku jednak próżno szukać ich w cenniku. A godziny wejść nijak nam nie pasowały, trzeba było czekać, a my powinniśmy już ruszać na Żuliany, ponieważ w poniedziałkowe późne popołudnie należało spodziewać się korków. Złote klozety okazały się nie dla nas. Pozostało trochę niedosytu, a bynajmniej nie niebiesko-żółte barwy flag powiewających nad posiadłością przekształconą po renacjonalizacji w Park Narodowy nie nastroiły wcale radośnie.

DSC_12381

W czasie przyjazdu do muzeum korupcji i powrotu z niego przesiadaliśmy się na Petriwce i Bohaterów Dniepru. Dzięki temu z ulgą przekonaliśmy się, że pomimo przemian, które tak uderzyły nas w poprzednie dni spędzone w śródmieściu Ukraina, jaką znamy i pamiętamy jeszcze istnieje. Ukraina specyficznego zapaszku dworców, Ukraina bazarów, kramów i бабушек handlujących wszystkim, czym tylko się da. Ot, po prostu, na chodniku. Ukraina tego osobliwego chaosu, w którym o dziwo panują jednak utarte i sprawdzone reguły. A nawet Ukraina straganów z piwem przed dworcami.

Reklamy

Jeden komentarz Dodaj własny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s