Numero uno

dnia

Uwielbiam mapy. Papierowe. Nawet teraz, gdy telefony oferują dokładność wskazań podobną do turystycznych odbiorników GPS, a fixa łapią szybciej od nich, gdy niemożliwością jest konkurowanie papieru z mapami wektorowymi  i możliwościami oferowanymi przez aplikacje w rodzaju Locusa przezwanego przez Stanisława w Chinach LostUsem, ja ciągle kupuję papierowe. Ot, na pamiątkę, zamiast ciupagi. Ale w terenie korzystam z nich już sporadycznie lub wcale.

Kilka tygodni temu zupełnie nieoczekiwanie temat map zbiegł się z petroglifami. A to kolejny temat, obok którego trudno mi przejść obojętnie. Nie jestem pasjonatem lecz kiedy tylko to możliwe chętnie nadkładam drogi by na jakieś starożytności sobie zerknąć. Nawet jeśli to tylko sterta kamieni albo niepozorna pryzma piasku. Obojętnie, czy są to pomorskie kromlechy, jak te w Ordach, Wielkopolskie Piramidy pod Grodziskiem, kurchan gdzieś na Kujawach czy bałbały w Wielkim Stepie. Z wszystkich tych miejsc, może wyłączając bezkonkurencyjną pod względem megalitów i innych starożytności Maltę, najbardziej oczarowały mnie okolice ormiańskiego Sisian ze Śpiewającymi Kamieniami (Karahuń) i przede wszystkim rytami w Górach Wielbłądzich (Ughtasar).

Pamperki

Niestety, w Polsce poza odosobnionymi wyjątkami naskalnej sztuki brak. I może tylko dlatego, że Бог троицу любит naliczono w naszym kraju właśnie trzy petroglify (i tylko jedno malowidło). Jeden obejrzeć można w Beskidzie Małym, drugi w Świętokrzyskiem, a trzeci zagubił się gdzieś na Mazowszu. Czy oznacza to, że aby zobaczyć wyryte w kamieniach obrazki trzeba się tłuc na inne kontynenty? Otóż wcale nie. We Włoszech znajduje się ich największe na świecie skupisko, wpisane pod numerem pierwszym na listę światowego dziedzictwa UNESCO w tym kraju. A skoro to właśnie włoska lista jest najobszerniejsza i to tu znajduje się najwięcej docenionych przez tę organizację miejsc ze wszystkich krajów świata, to nie może być byle co. I nie jest. W okolicy naliczono dwieście, a ocenia się, że może być nawet trzysta tysięcy rytów. Poza tym wiele wskazuje na to, że w Capo di Ponte oprócz przedstawień ludzkich przez miejscowych nazywanych pitoti czyli pamperkami (gdyby miejscowi byli poznańczykami) obejrzeć można wiele niezwykłych i unikalnych obrazów, np. kowala, wóz, mężczyznę spółkującego z klaczą, a nawet najstarszą mapę świata. Mało tego, mówi się również o naskalnej kinematografii.

No właśnie, Fredericka Bakera, filmowca i archeologa prowadzącego wart kilka milionów euro projekt 3D Pitotizastanowiało niezwykłe nagromadzenie rytów w Val Canica. Zastanowiło i wymyślił, a potem postanowił udowodnić, że cudowne to bogactwo uwarunkowane jest faktem, że petroglify nie przedstawiają scen czy raczej pojedynczych kadrów lecz opowiadają całe historie i są sekwencjami takimi jak współczesne animacje. Projektorem ma być słońce, które rzucając w czasie dnia i roku światło pod coraz to kątem i tworząc na skałach grę cieni sprawia, że ryty zyskują trzeci wymiar i wychodzą ze skał w stronę oglądającego zupełnie jak bohaterowie trójwymiarowych filmów z kinowego ekranu. W projekt zaangażowani są badacze m.in. z Bauhaus i Cambridge.

Miasteczko położone jest w stukilometrowej Val Camonica, dolinie wrzynającej się w Alpy tuż obok Bergamo. Bergamo słynącego z lotniska Orio al Serio. Tego samego, otoczonego nimbem sławy hubu tanich linii z połączeniami do niemal każdego zakątka Morza Śródziemnego, a nawet na kabowerdeńską Sal.

Nie ma jednak potrzeby lecieć nigdzie dalej skoro w promieniu stu czy dwustu kilometrów na mapie jest taki wiele sławnych nazw, że w głowie się od nich wszystkich może zakręcić. Werona, Wenecja, Florencja, Mont Blanc czy Matternorn… Uroku, a na pewno magnetyzmu lombardzkiemu miastu dodaje fakt, że można tam dolecieć z kilku miast w Polsce za parę złotych.

Niestety nie z Poznania, bo rozkładowe loty z  nieszczęsnej Ławicy zostały już dawno temu skasowane. I to zanim na dobre zdołaliśmy się nimi nacieszyć więc odtąd z zazdrością spoglądaliśmy na Katowice, Warszawę, a nawet Wrocław, skąd  do Bergamo nadal i nieprzerwanie startują samoloty w barwach tanich linii. Kilka dni temu pojawiła się jednak nadzieja, bo wiosną połączenie ma wrócić. Lecz po co tyle czekać? Na wieść o skarbie ukrytym pomiędzy ośnieżonymi dwutysięcznikami i na myśl o słonecznej Italii, gdy za oknem niepodzielne rządy roztoczyła już listopadowa szaruga postanowiliśmy jechać tam czym prędzej. Niestety wyjazd przez Wrocław czy Warszawę wiąże się z koniecznością brania wolnego w szkole i u roboty, a to już nie wyskok, to już wyprawa. Odsiecz przyszła z najmniej oczekiwanego w chwilach zagrożenia kierunku, bo z Berlina. Na Schönefeld jedzie się z Poznania mniej więcej tak samo długo, co na wrocławskie Strachowice, a z Berlina możliwe są w upatrzonym kierunku jednodniówki, również weekendowe nawet za kilkanaście euro. Długo na taką okazję nie musieliśmy czekać, zaś transport do doliny Kamunów zapewniliśmy sobie rezerwując auto w cenie połowy biletu w jedną stronę.

Italia słoneczna nie była, wręcz przeciwnie, przywitała nas tak nisko zawieszonymi Nimbostratusami, że podczas lądowania wywołały one wyraźny nerwerwer stewardów. Potem spóźniał się facet z wypożyczalni, co gorsza okazał się tak sympatyczny, że nie sposób było dać mu odczuć naszego niezadowolenia, a kiedy dotarliśmy na miejsce chmury pękły i wylały na nas strugi jakich nie powstydziłby się nawet islandzki wodospad. No dobrze, któryś z tych bardziej mikrych. Jakby tego było mało, droga miała niemal na całej długości biegnącą środkiem linię ciągłą, zaś Włosi ufając, że czarny jest nie tylko black friday ale przez cały weekend polować można na niebywałe okazje ciągnęli nieprzerwaną kawalkadą w kierunku przeciwnym do naszego, a ograniczeń prędkości było więcej niż na krajowej piątce do Wrocławia. Na domiar złego, serdeczna kobiecina, która w wyszukanej wcześniej i podług entuzjastycznych opinii ristorante przywitała nas, a szczególnie Stanisława niczym babcia najukochańszego wnuka, na pytanie o pizzę odparła tylko „la sera”.

Sznur śpiewał „то, что не убьёт, делает сильнеё” ale inaczej niż w piosence Leningradu wody było do woli, za to wódki nie było wcale. Na śniadanie spucneliśmy domowe gnocchii  ruszyliśmy zwiedzać. Z powodu rytów utworzono Park Narodowy Naquane, rezerwat oraz  sześć parków archeologicznych. W samym Capo di Ponte wybrać można właśnie Naquane albo Park Archeologiczny Seradina-Bedolina. Kusił Park Narodowy, bo skoro to miejsce zyskało najwyższy status ochrony, to należy się spodziewać, że tam właśnie znajdują się największe atrakcje. Ale mapa lub „mapa” jest w Bedolinie. I to tam skierowaliśmy nasze kłapiące w deszczu kroki. Nawet w mglistym tumanie pełzającym po stoku nietrudno tę „mapę” znaleźć. Znajduje się w miejscu, z którego nawet podczas deszczu roztacza się szeroka panorama doliny, po obu stronach ograniczona przez szczyty wznoszące się na z górą dwa tysiące metrów nad poziom morza.

Wyryte wzory w połączeniu z widokiem niemal automatycznie przywołują skojarzenie mapy, a cudzysłów wziął się stąd, że pomimo widocznych analogii tak naprawdę nikt nie wie, co to u diabła jest? Wiedzieć nie może, bo i skąd miałby wnosić, co kierowało ręką przed kilkunastoma tysiącami lat? Tych najstarszych petroglifów wyrytych przez nie wiadomo kogo jest w Dolinie Kamunów stosunkowo niewiele, a zdecydowaną większość pozostawili po sobie w pierwszym tysiącleciu przed Chrystusem i później Kamunowie. Może to i niedawno lecz wystarczająco, by wiedzieć dziś o nich równie mało. Kamunowie, prawdopodobnie lud etruski uległ całkowitej romanizacji i choć nie został wybity,  a kilku ich przedstawicieli dochrapało się w Imperium ważnych godności i po dziś dzień żyją Włosi noszący nazwiska wywodzące się z języka etruskiego, a może i kamunickiego, to o nim samym, obyczajach i wierzeniach tego narodu nie wiadomo w zasadzie nic.  Pozostali za to w nazwie doliny i herbie Lombardii. Przedstawień nazwanych później rosa camuna jest kilka,  jedno zdobi samą mapę”.  Kamunicka czy nie, róża” tak naprawdę nie jest niczym innym niż wariacją na znaną powszechnie, swojską swastę”.

DSC_1639_40_41-swastaDSC_1639_40_41

Spokojnie, nie będę snuł żadnych niestworzonych hipotez. Po co? Inni zrobili to wcześniej, w tym sam Erich von Däniken, niezrównany mistrz tej sztuki. Twierdzi, że wśród rytów można znaleźć i takie, na których postacie ubrane są w skafandry kosmiczne łącznie z hełmami. Postacie te ponadto mają posługiwać się  niezidentyfikowanymi przyrządami lub bronią i być nazywane przez okoliczną ludność astronautami. Astronauti, nie pitoti?

dsc_1609_10_11-2

Nie omieszkam się w tym miejscu pochwalić, że w czasie tej krótkiej, bo zaledwie kilkugodzinnej – wliczając czas potrzebny na posiłek – wizyty wnieśliśmy swój wkład do paleoastronautyki. Najsławniejszy jej przedstawiciel przeoczył bowiem przynajmniej jeden ryt. Na jego usprawiedliwienie dodam, że z pozoru najzupełniej zwyczajny. A przecież to ewidentnie logotyp geocachingu! Zatem Kamunowie, ich kryjący się w mrokach dziejów bliżej nieokreśleni antenaci lub przedstawiciele pozaziemskiej cywilizacji, z którymi się kontaktowali ewidentnie musieli dysponować technologią umożliwiającą podróże pozaziemskie, a przynajmniej pozwalającą na wystrzeliwanie sputników i utrzymywanie łączności satelitarnej.

Wracamy na Ziemię ale uciec od gwiazd, przynajmniej jednej tak prędko się nie uda. Z miejsca, w którym się znajduje powód naszej wizyty w czasie równonocy można podziwiać stworzone przez naturę widowisko nazywane „duchem gór”. Odbywa się z udziałem dwóch dominujących nad okolicą szczytów, tzn. Pizzo Badile Camuno (2435 m n.p.m.) na zachodzie i Concarena (2549) na wschodzie. Ponieważ rozgrywa się w czasie jaśniejszej połowy doby  i chcąc uniknąć nieporozumień powinno się mówić o „równodniu” ale takiego słowa przecież nie ma. Na pierwszy z wymienionych szczytów prowadzi via ferrata więc ryty to nie jedyny powód do odwiedzin w okolicy.

DSC_1677_8_9

Tych powodów jest zresztą znacznie więcej, oprócz miłośników starożytności i gór znajdzie się w jednej z najdłuższych środkowoalpejskich dolin mnóstwo innych atrakcji i ciekawostek. Choćby i taka, że nad miasteczkiem oprócz potężnych masywów góruje przypominający fortecę jedenastowieczny kościół, którego patronem jest Syrus z Pawii. Pieve tłumaczone jako kościół nie oddaje jednak wszystkich niuansów, bo kościół to chiesa, a pieva to świątynia szczególna, izolowana i wyposażona w baptyserium. Podobne pełniły ważną rolę podczas chrystianizacji, a więc i wezwanie identyczne ze sławnym stadionem Milanu nie jest przypadkowe.

DSC_1671_2_3

Siro był biskupem ewangelizującym Brescię, w której leży Capo di Ponte. Z tym wątkiem wiąże się historia, która sporo później rozsławiła dolinę, gdy stała się scenerią jednego z najgłośniejszych epizodów polowań na czarownice. Tylko w dwóch piętnastowiecznych procesach o czary skazano tu na śmierć ponad setkę osób.

Po spacerze na stokach Val Canomici zupełnie zmoczeni lecz zadowoleni z udanego rekonesansu przeprowadzonego wśród włoskich petroglifów rozpoczęliśmy odwrót do domu. Oczywiście z popasem w Bergamo, bo wyjazd do Italii bez wizyty w pizzerii żadną miarą nie mógłby zostać zaakceptowany.

DSC_0207

Na koniec wypadu czekała nas jeszcze krótka przechadzka po znanym ale zupełnie niepodobnym do zapamiętanego podczas poprzednich wizyt, bo w listopadowy wieczór niemal bezludnym Citta Alta. Znalazł się też czas na odwiedzenie polonika w Citta Bassa czyli pomnika pochodzącego z Bergamo powstańca styczniowego, Francesco Nullo, dowódcy garibaldczyków poległego pod Krzykawką i pochowanego w Olkuszu.

Do Bergamo i Val Camonica wrócimy na pewno, została nam do spróbowania polenta, a do zwiedzenia Park Narodowy, Rezerwat oraz sześć Parków Archeologicznych. Dobrze, że loty do Bergamo wracają.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.