Klątwa szacha Nadera

dnia

Owda

Cztery godziny lotu wystarczają aby z nieszczęsnej Ławicy dolecieć na najgorsze lotnisko świata, jakim tu i ówdzie okrzyknięto negewską lub – jakby chcieli gospodarze – czerwonomorską Owdę. Taka ona nadmorska, jak nie przymierzając Szczecin. A nawet mniej, bo wody tu nie ma wcale, a w Szczecinie jest przynajmniej Dąbie. Dzisiejszy port lotniczy jeszcze w latach osiemdziesiątych był bazą, w której stacjonowała eskadra F-16 ale po kończącym cykl wojen izraelsko-egipskim traktacie pokojowym zaczęto jej używać do celów cywilnych. Choć brak na VDA zwyczajnych udogodnień dla podróżnych nie jest tajemnicą, to sceneria otwierająca się po wyjściu z samolotu naprawdę nas zaskoczyła. W roli terminalu przylotów spodziewaliśmy się baraku, a tymczasem od strony pasa zobaczyliśmy coś, co można nazwać jedynie kioskiem.

DSC_2007

I tak jest lepiej niż z podróżą w drugą stronę, bo wtedy za terminal robi… namiot. Tak, jak określenie „najgorsza stolica świata” używane w odniesieniu do Biszkeku naszym zdaniem okazało się być bardzo krzywdzące, tak w przypadku Owdy „najgorsze lotnisko” pasuje jak ulał i trudno wyobrazić sobie międzynarodowy port lotniczy mogący z nią konkurować o to miano.

DSC_3644_5_6
Port lotniczy VDA – Terminal przylotów

Przynajmniej parking jest darmowy, za to trudno o schronienie się w cieniu przed przystąpieniem do kontroli bezpieczeństwa w przypadku odlotu, a kiedy przyjdzie oczekiwać na kogoś przylatującego, to zwyczajnie nie ma o tym mowy. Jeśli ktoś wybierze się w swój dziewiczy rejs tanimi liniami właśnie do Ejlatu, to powinien przygotować się na ciężki szok. Zwłaszcza jeśli wcześniej podróżował tradycyjnymi liniami lub chociaż korzystał z czarterów.

DSC_3647_8_9
Terminal odlotów

Fora huczą od alarmistycznych wątków poświęconych izraelskiej kontroli granicznej.  Osobiście nie spodziewałem się żadnych problemów. Wszak jedyna wątpliwa pieczątka z napisami sporządzonymi w abdżadzie kłuje w oczy tylko w dawno już nieważnym paszporcie, z braku innego na niego pomysłu schowanym głęboko w szufladzie. Nie pomyślałem jednak o nazwisku. Własnym. Bo i dlaczego miałbym? Przecież dla mnie jest zupełnie naturalne. Niekoniecznie jednak dla funkcjonariusza przeprowadzającego kontrolę paszportową. Podeszliśmy do okienka razem z Kajetanem, jak większość podróżujących w parach czy z rodzinami. Uprzedzając komentarze o wątpliwej śmieszności zaliczaliśmy się do drugiej z tych grup. Pogranicznik bez wielkiego zainteresowania przekartkował dokument, zatrzymał się na stronie ze zdjęciem i zdumiony szeroko otworzył oczy. Spojrzał jakby nie wierzył w to, co widzi, skonfrontował zdjęcie z facjatą i czyta, czyta i czyta…

− Jak wymawia Pan po polsku swoje nazwisko? Jak nazywał się pański ojciec? A jego ojciec? Jakiej jest Pan narodowości? Polak? A ojciec i jego ojciec?  Jakiego wyznania? I wszyscy jesteście Polakami?
− Stuprocentowymi!
− Ha-ha-ha! Proszę stanąć z boku i poczekać aż ktoś do Pana podejdzie.

Ki czort? Olśnienie przyszło już w początkowej fazie gradu pytań, a po chwili zjawił się zapowiadany ktoś w postaci sympatycznego sześćdziesięciolatka. Dzierżąc mój paszport przywitał się i zagaił ładną polszczyzną. Wymieniliśmy kilka grzecznościowych zwrotów by przejść do konkretów.

− To nie mówi Pan po angielsku?
Owszem, mówię…
− Porozmawiajmy więc dalej w tym języku. Po co Pan przyjechał? Czy podróżuje Pan samotnie? A kto to jest dla Pana? Co chcecie robić w Izraelu? A jak  na imię ma Pański ojciec? A dziadek ze strony ojca? A gdzie się urodzili? A jego matka? A matki dziadkowie i ich rodzice?

Powędrowaliśmy w ten sposób od miecza do kądzieli aż po drugą połowę XIX wieku, ku wyraźnemu zadowoleniu mojego rozmówcy, niezmiennie pozostając w Wielkopolsce. I tylko żadni -ski ani -wiczowie nie chcieli się pojawić. Matys, Meyza, Grabus, Frieske, Wardęga… Na koniec genealogicznej spowiedzi spytał:

− No dobrze, to skąd u Pana takie nazwisko? Przecież nie jest polskie?

Ale naprawdę było to raczej stwierdzenie.

− Prawdopodobnie jest niemieckie.
− Niemieckie?
− No wie Pan, sto lat germanizacji, zabory, takie rzeczy…  W Mittelhochdeutschu mówiono tak na krawca albo kuśnierza.
− Zatem witam w Izraelu. Życzę udanego urlopu!

Rozmowa nie była natarczywa czy niemiła, w pierwszej chwili po prostu zaskakująca. Czy mogłem spodziewać się jakiejkolwiek przygody z tego powodu?

new_name_nader
نادر

Jak mawia pewien klasyk, pokazuję i objaśniam. Wielu Persów i Arabów oraz Turków nosi tak brzmiące nazwiska lub imiona, a gdzieś pod afgańską granicą jest nawet miejscowość o tej nazwie. Uroku dodaje zapis nadr pozbawiony krótkiej spółgłoski, więc Nadir i Nader, to dokładnie to samo. Historycy wspominają kilku perskich szachów, którzy choć nie nazwiskiem, to posługiwali się tak właśnie brzmiącym imieniem. Wart   wspomnienia jest choćby Nader Szach, zwany perskim Napoleonem lub drugim Aleksandrem Wielkim. Zwycięzca Imperium Osmańskiego oraz Mongołów, odzyskał Armenię i Gruzję, podbił Azerbejdżan, zdobył Delhi. Dowodził jedną z największych potęg militarnych świata. Przypisuje mu się zadanie pytania:

Cóż więc jest tam przyjemnego?

Dotyczyło raju, w którym ma panować wieczny pokój. Ale jedna, nawet tak nietuzinkowa osiemnastowieczna postać nawet z wrogiej Persji nie byłaby w stanie narazić na podobne atrakcje podczas przekraczania granicy. Jeśli wspomnieć czasy nowsze, to od Naderów-Nadirów zaczyna się roić.  I wcale nie chodzi o sławy, choć i tych nie brakuje. Przed erą Messengerów, WhatsAppów, WeChatów, a nawet Gadu-Gadu, później GG pozostawało jedynie pozbawione wtedy jakiejkolwiek konkurencji ICQ. Instalowało się to z jednego trzyipółcalowego flopa, a po zalogowaniu i przestawieniu w tryb dostępny nie mogłem się opędzić od mieszkańców Libanu, Iranu i innych bliskowschodnich krajów zagadujących w stylu:

− A co ty, u diabła, robisz w Polsce?!

Kto wie, może dziś, w dobie kryzysu migracyjnego, uszczelnienia szlaków wschodniego i bałkańskiego dałoby się pospołu z podobnymi kuzynami” zbić fortunę?

Ejlat

Udało nam się rozwiązać problem wypożyczenia auta w szabat. Czy może nie udało nam się nań nic zaradzić? Zależy, jak spojrzeć. Najważniejsze, że zapewniliśmy sobie własny transport na piątkowy wieczór i sobotę. Żeby tego dokonać wystarczyło po prostu… polecieć wcześniej niż planowaliśmy i zjawić się w wypożyczalni dajmy na to we czwartek. Ot, i cała filozofia.

W ten sposób zapewniliśmy sobie nadprogramowe trzy dni relaksu.

[Group 7]-DSC_2022_3_4_DSC_2040_1_2-7 images[Group 8]-DSC_2043_4_5_DSC_2055_6_7-5 images

Sześćdziesięcioletnie miasto nie powala pięknem ani nastrojem. Ot, po części typowy nadmorski kurort, zaskakująco nieimprezowy ale w lutym jest być może cichszy niż w sezonie, a po części miasto portowe z kilkukilometrowym nabrzeżem do cna wypełnionym przywiezionymi samochodami wszelkich typów, za to monotonnie białymi. Miasto zasadniczo spokojne i ciche, i to pomimo lotniska usytuowanego w samym centrum. Innego, niż to, na które lata Ryanair. ETH, z zewnątrz przypomina na szczęście już nieistniejący poznański dworzec autobusowy na rogu Wierzbięcic ale pewnie i tak jest fajniejszy od chlebaka. Lotniska więc chluby perle Izraela nie przynoszą. Na razie, bo na wiosnę planowane jest otwarcie nowego portu, Ejlat Ramon (ETM), który widzieliśmy jadąc na północ. Ten już wygląda bardzo przyzwoicie, oddalony od miasta o 10 minut jazdy obsługiwać ma wszystkich przewoźników, również tanie linie.

Na ulicach można poczuć się niemal jak na Krymie, a to za sprawą wszechbrzmiącego rosyjskiego, również z ust miejscowych. Również poza promenadą i miejscami, gdzie przeważają turyści hebrajski da się słyszeć co najwyżej jako jeden z trzech języków, na równi z angielskim i rosyjskim właśnie. Są rosyjskie napisy, szyldy, karty dań, restauracje i sklepy, a w nich rosyjskie smakołyki i napoje, wódka, piwo, brzozowy sok, chlebowy kwas oraz pamiątki opisane cyrylicą i poozdabiane trójbarwną flagą towarzyszącą błękitnemu sztandarowi… Osobiście nie sprawdzaliśmy ale ponoć nie ma najmniejszego problemu z kupieniem świeżej wieprzowiny. Cóż, półtora miliona imigrantów z Sojuza ani myślało się dostosowywać do nowego kraju. Jeśli już, to dostosowali kraj do siebie, zupełnie odwrotnie niż stało się to pięćdziesiąt lat wcześniej z przybyłymi z Polski, którym szybko, a często i brutalnie polski i jidysz wybito z głów.

Sporym zaskoczeniem było to, że na ulicy, w autobusie, na szlaku w górach, w trakcie zwykłych codziennych czynności nietrudno spotkać żydowskie rodziny, również noszące się ortodoksyjnie, a jednak rozmawiające po angielsku zamiast po hebrajsku lub w którymś z języków żydowskich. Ma to swoje dobre strony, porozumienie się z miejscowymi nie stanowi najmniejszego problemu, bo wszyscy, w każdym wieku, w tym starcy i dzieci, sprawnie porozumiewają się w angielszczyźnie. No,  z wyjątkiem sporej części imigrantów z byłego ZSRR. Ale oni mówią – tylko – po rosyjsku, więc i z nimi Polakowi nietrudno się dogadać.

Hebrajskiego używają Felaszowie i Druzowie. W ślad za pierwszymi trafiliśmy do falafelowni równie smacznie karmiącej ale odrobinę tańszej i przede wszystkim nie tak obleganej przez turystów z Polski i Rosji jak najbardziej popularna w mieście. Falafel i humus były pyszne. A jednak niemal równie smaczne cieciorkowe kulki zjeść można w kraju, a już na pewno na berlińskim Kreuzbergu. Gdybyśmy nie zajrzeli do lokalu nieco droższego od tych dwóch, byłbym rozczarowany. Dzięki tej wizycie zgodnie z planem udało się  właśnie w Izraelu zjeść najlepszy falafel dotąd. Tyle tylko, że w restauracji z Persją w nazwie i logotypem zaskakująco przypominającym amerykańską sieć fast-food specjalizującą się w drobiu. A humus chociaż o niebo lepszy od dostępnych w polskich spożywczakach, to równie dobry i z dowolnymi dodatkami można kupić w każdym izraelskim sklepie. Cóż, trudno oprzeć się podejrzeniu, że właśnie ze sklepowej półki pochodził. Przyrządzone na miejscu były z pewnością przystawki, sałatka z marynowanej na ostro marchwi, czegoś w rodzaju kimczi oraz ta druga, w którą trudno było uwierzyć.  W prostocie posunięta do absurdu, samą myślą o składzie kilkoro moich znajomych przyprawić by mogła o udar. Składała się bowiem ze świeżej cebuli, oliwy, soku cytrynowego i pieprzu. To wszystko. Pomyślicie, że głupotą nazwać coś takiego sałatką. Sami kilka miesięcy temu pokpiwaliśmy sobie z Kazachów i Kirgizów dorzucających do mięs po kilka garści pociętej w pióra cebuli i mówiących, że to jarzyna. Ale co ja za to mogę, że to było po prostu pyszne?

27788041_10204256619173599_373619506033276113_o
Knafeh

Najsmaczniej było u Druzów, którzy naszą ekipę uchronili w piątkowe popołudnie przed dwugodzinną jazdą na głodniaka. Knajpkę widzieliśmy już wcześniej ale dopiero w piątek się nią zainteresowaliśmy. Wyłącznie dlatego, że wszystkie inne były zamknięte na głucho. Jak wszystko inne w mieście. I to dlatego zasmakowaliśmy prawdziwego  orientu. Niesamowitej herbaty i kawy o smaku jakiego wcześniej nie znałem, manakiszu (trochę pizza, trochę pita) z zatarem i w końcu na deser knafehu. Ciastko podobne do bakławy lecz zrobione z sera nabulusi i makaronu. Pyszne, a jak wygląda!

DSC_2451

Ma też Ejlat coś wspólnego z… Astaną. A może to tak, że każde młode miasto musi posiadać atrapę egipskiej piramidy? Ta eljacka stoi tuż przy miejskim muzeum i jest bodaj halą widowiskową.

DSC_2432

Jest też akcent nawiązujący do wspomnianego Krymu, bo Jałta to jedno z miast partnerskich, chociaż tutaj została pozbawiona przynależności państwowej. Polskiego miasta w tym gronie brak, ale biało-czerwone powiewają w wielu miejscach, również przed muzeum, gdzie nawet trafnie dobrano jej sąsiedztwo.

DSC_2445

Ma też Ejlat molo, prostopadłe do promenady, tuż przy najlepszych hotelach, centrum handlowym, plaży, barach i restauracjach oraz marinie. Stuparodziesięciometrowe z ławeczkami i widokiem na zatokę. Kompletnie puste. A przy molo stoi spora opuszczona restauracja kusząca licznymi zakamarkami.

Urbexów jest tu więcej, w tym stare obserwatorium podwodne z takąż salą restauracyjną. Wejścia do obu zagrodzone zastaliśmy jednak drutem kolczastym. Nie to, że nie do pokonania ale kiedy wyobraziłem sobie, jak na nazwisko w paszporcie mogliby zareagować policjanci, to ochota na eksplorację przeszła.

Plaża Księżniczki i Łupkowa Góra

Plaże Ejlatu nie powalają urodą. Ani te publiczne ani płatne. Ale też ich atrakcyjność zasadza się gdzie indziej, nie na brzegu ale w wodzie, gdzie podczas snorkowania podziwiać można rafy i egzotyczne gatunki ryb.

Ponoć te izraelskie nie umywają się do egipskich ale ponieważ tych drugich nie znamy, to takie opinie nie były nas w stanie zniechęcić. Pod względem snorkowania od płatnych lepsze są oddalone o kilka kilometrów od centrum miasta i położone tuż przy przejściu granicznym do Egiptu plaże publiczne. Wąskie, żwirowo-kamieniste i co najwyżej drugiej czystości ale z zadaszeniami chroniącymi przed słońcem, barami, prysznicami i toaletami, a nawet leżakami. Chwalona jest zwłaszcza zaopatrzona w dwa pomosty Princess Beach”. 

Zauroczyły nas wargacze, papugoryby, zebrasomy, ustniki i pokolce ale i ciągnęło na pustynię i w góry. Tak skutecznie, że w drodze na plażę zabłądziliśmy, rozmyślnie, na Har Cefachot (הר צפחות). Podobno wycieczki na szczyt najbardziej popularne są o zachodzie słońca ale nam bardziej przypadła do gustu wizja pluskania się w morzu po  spacerze w trzydziestostopniowym upale niż przed nim. 

DSC_2673_4_5

Nazwa szczytu pochodzi od łupków (צפחה), z których jest zbudowany. Według polskiej transkrypcji hebrajskiej literze cadi (צ) odpowiada dźwięk najlepiej reprezentowany przez literę „c” ale w sieci, również w relacjach polskich turystów,  więcej informacji na jego temat można znaleźć używając pisowni zachodnioeuropejskiej Tsefachot, Tzefachot lub Zefachot.  Nie jest to szczyt wybitny, wznosi się na niespełna trzysta metrów nad poziom morza ale to wystarcza żeby obejrzeć panoramę Ejlatu wraz z jordańską Akabą, Synajem i oczywiście zatoką.

Widać stąd przynajmniej trzy kraje, Egipt, Izrael i Jordanię, a przy dobrej widoczności nawet Arabię Saudyjską, ponieważ do granicy jordańsko-saudyjskiej ze szczytu jest zaledwie dwadzieścia kilometrów. Dostrzec też można miejsce, skąd w kwietniu 2013 roku islamiści ośmieleni po obaleniu prezydenta Mubaraka odpalili rakiety z zamiarem uderzenia w Ejlat. Tak przynajmniej twierdziła przewodniczka opowiadająca grupie żydowskich nastolatków przyprowadzonych na szczyt anegdotę o tych wydarzeniach. Ku ich wielkiemu rozbawieniu Egipcjanie mieli charakteryzować się wyjątkowym klamizerstwem i zamiast w zagrozić żydowskiemu miastu i goszczącym w nim turystom trafili w jordańską Akabę niszcząc tamtejsze budynki i zabijając dwóch arabskich policjantów.

[Group 21]-DSC_2700_1_2_DSC_2715_6_7-6 images

Dwie i pół godziny chodzenia i tylko jedno drzewo na szlaku. Drzewko, ogigiel taki.

Z górami, to trochę śmiesznie w sumie wyszło. Bardziej niż Łupkowa wyobraźnię poruszała Szafranowa, Har Karkom. Na jej zboczach włoski archeolog Emanuel Anati odkrył kompleks kaplic, ołtarzy, kamiennych kręgów i filarów oraz czterdzieści tysięcy paleolitycznych petroglifów. Anati, ten sam, który w latach ’50. XX wieku był siłą napędową badań w okolicach Capo di Ponte, gdzie założył ośrodek studiów prehistorycznych i w 1975 roku opublikował pierwszą całościową monografię rytów. Anati ukuł hipotezę jakoby to Karkom była Górą Boga – biblijnym Synajem. Niestety, aby tam dojechać od strony Ejlatu pokonać trzeba sześćdziesiąt kilometrów zamkniętą przez wojsko drogą nr 10, a potem jeszcze kilka poza asfaltem, ponoć drogą przejezdną tylko dla terenówek. Z Micpe Ramon jest bliżej, ale cały niemal trzydziestokilometrowy dystans pokonać można tylko samochodem z napędem 4×4. Strasznie korciło, by spróbować tam dotrzeć ale ze szczątkowych informacji znalezionych w sieci jasno wynikało, że tym razem, w tym terminie, autem jakim dysponowaliśmy i z obraną marszrutą to się nie może udać. Niemniej postanowiłem zasięgnąć języka u naszych eljackich gospodarzy. A nuż wiedzą coś przydatnego? Kandydatów na spytki było trzech. Wydający się kimś w rodzaju kierownika Argentyńczyk Edgardo, który jednak po pierwszym dniu gdzieś zniknął oraz miła i uczynna Rosjanka, której imienia nie pomnę. To, że mówiła wyłącznie po rosyjsku nie stanowiło problemu ale nie sprawiała wrażenia dobrze zorientowanej w izraelskiej rzeczywistości. Ostatnia nadzieja, Rosjanin, a może rosyjski Żyd albo tylko pochodzący z Rosji, a na pewno zastępujący Edgardo. Podumał, podumał i z miną eksperta oznajmił:

O tym Karkom nie słyszałem ale wiesz, tu każda góra ma jakąś nazwę.

 

 

Reklamy

Jeden komentarz Dodaj własny

  1. Wiadomo , Tobie zawsze ‚musi ” się coś przytrafić 🙂 Atrakcji całe mnóstwo , mam jednak nadzieję ,ze to tylko początek i cdn 😉 Czekam 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s