Migiem po pustyni

dnia

Morza, choćby i trzy to tylko klamra, którą spięliśmy naszą izraelską wycieczkę. Największą jej atrakcją miała być pustynia.

Negew

Pustynia.  Nic tam nie ma! I bywa, że ta pustka jest przerażająca, zwłaszcza przed zmierzchem. Gołe skały, żwirowe pola złowrogo chrzęszczące pod butami, żywego ducha wokoło, żadnego zwierzęcia,  a bywa, że jednego zielonego kiełka w zasięgu wzroku nie uświadczysz. Ale morza piasku brak. Erg to to nie jest na pewno.  Już przy okazji wizyty w Ałtyn Emel, gdzie dosiedliśmy czyngisowego Złotego Siodła wspominałem, że nam na myśl o piaskowych pustkowiach ckni się. Dlatego w drodze przez Negew łowiliśmy na mapach wszelkie wspomnienia o wydmach. Udało się znaleźć dwa takie miejsca. Pierwsza wydma w pobliżu Doliny Timna okazała się bardziej niż symboliczna.

DSC_3123_4_5.jpg

Bez większych nadziei skręciliśmy w boczną drogę kilka kilometrów na północ za najgorszym lotniskiem na świecie, w kierunku Wydm Kasui. „Izraelska Sahara” jest miłą odmianą w trakcie przemierzania skalistego regionu ale barchanów, do których nam tak tęskno tu nie uświadczysz.

Będziemy musieli poszukać dalej, bo do Maroka, gdzie część spotkanych mieszkańców solidnie dała nam w kość wcale nam nie jest spieszno. Już prędzej na Kyzył-kum albo Kara-kum. Tymczasem mkniemy dalej.

Za główną atrakcję pustyni uchodzi Ramon. Nie ma tu literówki więc nie idzie o japoński rosół z makaronem i mnóstwem mniej lub bardziej egzotycznych dodatków. Mówią o nim „krater”. Ale nic tu nie wybuchło, nic tu z nieboskłonu nie spadło i dlatego kraterem być nie może.  Ślady wulkanizmu można w tej okolicy znaleźć, są nawet stożki wulkaniczne jednak są one zlokalizowane w obrębie Ramona, a nie on sam jest zagłębieniem na szczycie jednego z nich. Kraterem więc nie jest i tyle. Przynajmniej nie wg słownika języka polskiego, bo w innych w innych narzeczach funkcjonuje pod nazwami  Erosionkrater, земной кратер albo po prostu crater.  Cyrkiem też nie jest, bo działalności lodowca tu nie uświadczysz. Dlaczego nie może być lejem lub uwałem skoro w jego powstaniu miały udział wapienie i woda, co wskazywałoby na krasowienie? Tego nie wiem. Możliwe, że przyczyną są wymiary. Ramon jest bowiem ogromny, a przy tym raczej podłużny i dlatego przypomina też kanion. Powszechna jest opinia, że osobliwości tego typu są unikalne właśnie dla Negewu. Pięć takich formacji znajduje się właśnie na nim, dwie pozostałe na  podobnym i pobliskim półwyspie Synaj. Najlepiej więc pozostać przy hebrajskim מכתשmaktesz. Tak właśnie postąpili geologowie i tego się trzymajmy zamiast wprowadzać nazewniczy zamęt.

DSC_3687_8_9.jpgDSC_3690_1_2.jpg

Z ćwierćkilometrowego urwiska roztacza się szeroka panorama płowej pustaci. Dość monotonna w ogólności. Jednak na dole, zwłaszcza jeśli zjechać z głównej drogi robi się ciekawiej, wielokształtniej i przede wszystkim barwniej. Nie co krok oczywiście, bo w znacznej swej rozciągłości obrazki jawią się iście księżycowo, a może i marsjańsko.

DSC_3696_7_8.jpgDSC_3702_3_4.jpg

Jednak kształty i kolory są. I to w obfitości. Jest tu ich mnóstwo, tak wiele, że można dostać oczopląsu. Barwne piaski, kolorowo nawarstwione skały, usypiska kwarcytów o geometrycznych kształtach, są nawet wodne oczka.

Jeszcze bardziej różnorodnie prezentuje się wspomniana na początku wpisu Dolina Timna. Są skalne spirale, filary, słupy, grzyby, łuki i okna, a nawet szczelinowe kaniony. Trzeba przyznać, że się architekci od krajobrazu spisali.

Moment jak znalazł na cytat z doktora Carla Untermonda we wstępie do Warstw Wszechświata:

„Spotkałem kiedyś sztygara, miał on kawałek węgla, wewnątrz którego znajdował się złoty suweren z 1909 roku. Widziałem skamielinę amonitu rozdeptaną czyimś butem. W piwnicy Muzeum Historii Naturalnej mają pokój, który zawsze jest starannie zamknięty. Są tam różne ciekawostki, jak tyranozaur z zegarkiem na rękę albo czaszka neandertalczyka z trzema złotymi plombami.”

Na amonity jeszcze przyjdzie pora, tymczasem trzeba zauważyć, że w Timnej jest też bardziej zielono niż gdziekolwiek poza ulicami Eljatu doświadczyliśmy na południu izraelskiego klina. Częściej można spotkać tu akacje, które pomogą przestać nazywać tym słowem robinie.

Akacje czasem są jednak tylko półżywe lub żywe zupełnie wcale. Wtedy trudno mówić nie tylko, że rosną ale że się zielenią też nie bardzo uchodzi.  Na ratunek spektrum barw przychodzi zielonkawo zabarwiony piasek.

[Group 6]-DSC_3216_7_8_DSC_3225_6_7-4 images.jpg

To za sprawą związków miedzi. Jest miedź, całe mnóstwo miedzi. Są więc, a raczej były i kopalnie. Zostały po nich wyrobiska, sztolnie i korytarze. I nieważne, czy rzeczywiście mają cokolwiek wspólnego z królem Salomonem. Są bowiem nie byle jakie, bo najstarsze na świecie.

DSC_3207_8_9.jpgDSC_3210_1_2.jpg

Skoro już są starożytności, to muszą być i wykopaliska. I są, w kopalniach, dymarkach, świątyni Hator przywołującej wspomnienie Siedmiu życzeń. Wreszcie, są też petroglify, a wśród nich przedstawienia rydwanów i polowań z psami.

Nie udało nam się co prawda dotrzeć w pobliże ani nawet zdobyć jakichkolwiek nowych informacji o Har Karkom ale po zobaczeniu rytów o wiele łatwiej się z tym niepowodzeniem pogodziliśmy.

Wracając do kształtów, kolorów i krajobrazów, najciekawsze z nich znaleźliśmy tuż przy Ejlacie, przy drodze prowadzącej na lotnisko w Owdzie. Szczelinowy Czerwony Kanion nas po prostu zauroczył.

Niespieszne przejście najbardziej spektakularnego odcinka wyżłobionego w piaskowcu przez powodzie błyskawiczne zajmuje zaledwie godzinę. Można i warto zrobić sobie dłuższą wycieczkę, bo w okolicy jest jeszcze trochę urokliwych zakątków.

W dzień nie widać tu wielu zwierząt, podobnie jak na Negewie w ogóle. Nie znaczy to, że ich nie ma. Żyją tu dzikie osły (kułany, onagry), gazele, a nawet hieny i lamparty. Tych ostatnich w 2006 roku na całym Negewie naliczono osiem sztuk. Są też koziorożce nubijskie, które jako jedyne z całej tej menażerii udało nam się spotkać. A i to tylko dzięki wzrokowi Stanisława, bo przepięknie dzięki  umaszczeniu i  totalnemu niewzruszeniu wtapiają się w otoczenie. Gdyby nie imponujące rogi, można by było się o nie potknąć.

DSC_3662_3_4.jpg

Co kilka kilometrów wzdłuż dróg, które przemierzaliśmy ustawione są wielkie trójjęzyczne tablice ostrzegające przed czterema zjawiskami: powodziami, przejeżdżającymi w poprzek kolumnami czołgów, ostrzałem prowadzonym  to z jednej, to z drugiej albo z obu stron na raz i to na wielokilometrowych odcinkach oraz wielbłądach pchających się pod koła. Wysokiej gnającej nam naprzeciw fali jakoś ze szczególnym utęsknieniem nie wypatrywaliśmy chociaż trzeba przyznać, że komunikaty te potrafią poruszyć wyobraźnię zwłaszcza kiedy przejeżdża się w poprzek kolejnej wadi – doliny efemerycznej rzeki – ozdobionej wyskalowanymi nawet na ponad dwa metry łatami wodowskazowymi niby zatkniętymi tyczkami. Ataków rakietowych czy artyleryjskich nawał też nie. Jadąc wzdłuż ciągnących się bez końca granicznych płotów, porytych transzejami, okopami, schronami i upstrzonymi punktami obserwacyjnymi wzgórz może przyjść do głowy, czy na znakach mowa wyłącznie o ćwiczeniach izraelskich sił zbrojnych i na ile te zagrożenia są realne? Większość mijanych umocnień to tylko płytkie jamy wygrzebane w żwirze lub ukryte pomiędzy załomami piaskowca, co najwyżej wzmocnione blachą falistą. Jak te na Górze Joasza (710 m n.p.m.), jeszcze w Górach Ejlatu czy może Ejlackich, tuż przy  granicą z Egiptem.

DSC_3342_3_4.jpgDSC_3346_7_8.jpg

Ze szczytu, pomimo, że nie jest najwyższy w okolicy, rozciąga się rozległa panorama na góry, Synaj i zatokę Akaba. Widać stąd też oczywiście Górę Cefachot, na którą wdrapaliśmy się uprzednio. Nic więc dziwnego, że militarnie szczyt noszący imię króla Judy wykorzystywany był już w czasie izraelskiej wojny o niepodległość, wówczas przez żołnierzy jordańskich, którzy tutejszy posterunek nazywali „Czatą nad Urwiskiem”. Trzeba przyznać, że widok w pełni tę nazwę uzasadnia.

Solidniejszą placówkę, dziś też już opuszczoną, zwiedziliśmy po przeciwnej stronie izraelskiego klina, przy granicy jordańskiej i równe dwadzieścia pięć kilometrów od sławnej Petry. Zbudowana została w miejscu, w którym wielu Izraelczyków próbowało przekroczyć zieloną (tylko z nazwy) granicę w drodze do ruin. Rzecz jasna nielegalnie. Wycieczka taka wiązała się z pewnym ryzykiem, bowiem jordańscy pogranicznicy nie cackali się wcale i wielu śmiałków postradało w tej okolicy życie. Później, niedaleko bazy ustawiono pomnik upamiętniający te wydarzenia. Sam posterunek został opuszczony przez IDF po podpisaniu pokoju z Jordanią.

Nie tęskniliśmy za rykiem rakiet ani świstem kul ale co innego Merkawy. Izraelskie czołgi uchodzą za unikalne, bo to takie Volvo wśród tanków. Wszystko za sprawą założeń konstrukcyjnych kładących największy nacisk na bezpieczeństwo załogi. Na podstawie doniesień medialnych sądzić by można, że czołgów będzie tu więcej niż jakichkolwiek innych pojazdów. Niestety, widzieliśmy zaledwie trzy, przelotnie lub z oddali.

Podobnie miało się z wielbłądami. Spotkaliśmy je tylko dlatego, że postanowiliśmy w drodze z Micpe Ramonu nad Morze Martwe opuścić autostrady i pojechać na szagę, bocznymi szosami licząc na atrakcyjne widoki. Tak trafiliśmy do sennej mieściny Jerocham i kolejnego maktesza, tym razem Gadol czyli Dużego przecinanego przez drogę nr 225 szerokością przypominającą nasze powiatówki. Niedaleko jest jeszcze Katan czyli Mały. I właśnie z krawędzi jednego z siedmiu podobnych tworów na świecie dostrzegliśmy poruszające się leniwie maleńkie garbate kształty.

Ssaki więc nie dopisały. Co innego skamieliny. Te były na miejscu i dowodziły, że przynajmniej w części mówiącej o dnie starodawnego morza teoria na temat powstania maktesza istotnie jest teorią, a nie hipotezą. Chyba, że rację miał cytowany wcześniej Pratchett.

Poza tym Izrael jest świetnym miejscem dla miłośników ptaków. Zwłaszcza podczas wiosennych i jesiennych ich wędrówek. Najlepsze miejsca w kraju dla amatorów ornitologii to Ejlat, który pozostawiliśmy za plecami i Dolina Hula daleko na północy. Na pewno dalej niż dotrzemy w czasie tej wizyty w Izraelu. I niekoniecznie w lutym. Bo w okolicy zjawią się miliony pierzastych podróżników dopiero za kilka tygodni. Wtedy, na przełomie marca i kwietnia organizowany jest tu ptasi festiwal. Dlatego nawet nie zaglądamy do Centrum Obserwacji Ptaków, za to tuż za miastem skręciliśmy w drożynę wijącą się między daktylowymi gajami i biegnącą w dół ryftowej doliny Arawa, w kierunku Jordanu i granicy.

DSC_3090_1_2.jpg

DSC_3102_3_4.jpg

Jest tam kilka stawów noszących nazwę Awrona i leżących u stóp wznoszących się na ponad kilometr nad poziom morza gór Edomu. Nikt nie hoduje tam karpi, bo to saliny należące do firmy o odrobinę pretensjonalnej nazwie Salt of the Earth produkującej nawet dwieście tysięcy ton soli morskiej rocznie. W stawach żyją słonaczki, a w nich pewien tasiemiec, któremu zależy na tym żeby skorupiaka pożarło ptaszysko. I tak się dzieje. Flamingi pojawiały się najpierw sporadycznie, jednak od kilku lat w Ejlacie zostają na stałe i teraz można tu sobie do woli oglądać kilkaset osobników brodzących w słonej wodzie i wyginających szyje w kształt litery „S”.

DSC_3302.jpgDSC_3298.jpg

Jednak również podczas wizyty w największym z makteszy oglądać można ptaki, a jeśli zabraknie cierpliwości lub zainteresowania dla upierzonych, to można skupić się na stalowych. W odległości około dwudziestu kilometrów od Micpe Ramon znajduje się baza Ramon, gdzie stacjonują eskadry izraelskich F-16, bezzałogowców i Apaczy.  Można się poczuć jak w Krzesinach. Albo Mińsku Mazowieckim. Przynajmniej jeśli spędzało się tu czas wiosną 1997 roku.

MIGi

Takich zdjęć w sieci nie znajdziecie. To tylko kolaż ale można znaleźć te prezentowane poniżej, na przykład na oficjalnej stronie Izraelskich Sił Powietrznych (IAF). A na nich pewne ciekawe obiekty.

37840607
F-16I oraz MIG-29 nad pustynią Negew, źródło: iaf.org.il, konflikty.pl

Historii tej nie znajdziecie na żadnych polskich oficjalnych, wojskowych stronach. (…) Chodzi o niezwykłe wydarzenie, jakim była odbyta wiosną 1997 roku wizyta w Izraelu trzech polskich myśliwców MiG-29 z 1. Pułku Lotnictwa Myśliwskiego z Mińska Mazowieckiego. Nie była to zwykła wizyta kurtuazyjna, udział we wspólnych ćwiczeniach czy pokazach lotniczych. Samoloty spędziły tam dłuższy czas, a operacja była otoczona tajnością do tego stopnia, że od momentu wylotu z Polski aż do powrotu ze wszystkich maszyn usunięto znaki państwowe i oznaczenia mogące pomóc je zidentyfikować. Możemy się jedynie domyślać, że celem wizyty było zapoznanie się izraelskich pilotów z najnowszym i najlepszym myśliwcem ich potencjalnych przeciwników: Iranu i Syrii.

pl-mig
MIG-29 w Izraelu z widocznym śladem po zamalowanej szachownicy, źródło: iaf.org.il, konflikty.pl

W artykule Macieja Hypsia opublikowanym na stronie konflikty.pl dowiedzieć się można, że właśnie tu najbardziej prawdopodobnie stacjonowały polskich samoloty wypożyczone Izraelowi.

Morze Martwe

Oprócz samolotów nad głowami podróżujących z Micpe Ramon nad Morze Martwe wiszą balony o kształtach przypominających nieco sterowce, a dużo bardziej drugowojenne balony zaporowe. Te jednak unoszą się w pojedynkę i służą obserwacjom. Próżno szukać kosza z zaopatrzonym w lornetkę delikwentem, bo balony te wyposażone są w patrzące w dół radary poszukujące w zakazanej strefie nisko lecących obiektów, niewidocznych dla urządzeń zainstalowanych na poziomie gruntu. Ich obecność nie dziwi, skoro zanim dotrzemy do krawędzi Rowu Jordanu przez dobrych kilkanaście kilometrów będziemy podróżować przez strefę objętą zakazem zatrzymywania się i fotografowania rozciągającą się wokół Nuklearnego Centrum Badawczego Negew wybudowanego na środku pustyni niedaleko miasta Dimona. Co do samego ośrodka badawczego izraelskie władze początkowo utrzymywały, że to… fabryka włókiennicza. Jeszcze rzut oka na dobrze widoczne z drogi nr 25 zabudowania tej nietypowej szwalni, w której nadzwyczaj zdolne prząśniczki za pomocą zgubionego przez Amerykanów i Niemców plutonu skonstruowały czwarty na świecie arsenał atomowy i już rozpoczynają się serpentyny, a po chwili mijamy tablicę z napisem „poziom morza” i za kolejny moment jesteśmy czterysta metrów poniżej niego.

DSC_3831_2_3.jpg

Mijamy Wzgórze Sodomskie i skamieniałą żonę Lota, gdzie co bardziej dociekliwi próbują ustalić, czy widoczna i ziejąca ciemnością otchłań w dolnej części należy do niej i czym jest w przypadku odpowiedzi twierdzącej? Rozważania te przerywają inne, mianowicie czy dotrzemy na plażę przed zmrokiem? Uda się ale musimy zdecydować, albo oglądanie pól wytrąconej soli albo sprawdzenie jak słone jest morze o wodzie zawierającej jej niemal dziesięciokrotnie więcej niż ocean.

DSC_3843_4_5.jpgDSC_3846_7_8.jpg

Sprawdzamy to w towarzystwie odzianych od stóp do głów Arabów i naśladujących ich Chińczyków, a solne wykwity podziwiamy już w zapadających ciemnościach.

DSC_3903_4_5.jpg

Pozostaje jeszcze wybór, czy do Jerozolimy chcemy jechać naokoło, czy najkrótszą drogą przez Zachodni Brzeg? Zasadniczo, czysto hipotetyczny, bo o ile pamiętam wjazdu na tereny Autonomii zabrania nam umowa wynajmu. W sukurs przychodzi oderwany od wlepiania mandatów za nieopłacone parkowanie policjant, który po chwili zastanowienia, wahania i kluczenia odradza jazdę Zachodnim Brzegiem po zmierzchu, bo:

… a kto to wie, co Palestyńczycy dziś znowu wymyślą?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.